Prezydent numer Czterdzieści i Cztery obejmuje właśnie ster rządów w Stanach Zjednoczonych. Barack Obama będzie miał niełatwe zadanie uzdrowienia amerykańskiej gospodarki. Będzie ono jeszcze trudniejsze z tego powodu, że wiele jego obietnic koliduje ze sobą. Niemożliwe do pogodzenia wydaje się obniżenie podatków dla emerytów, zwiększenie wydatków na ubezpieczenia społeczne i zdrowie z utrzymaniem dyscypliny fiskalnej.

Od wyborów w listopadzie gospodarka amerykańska zachowuje się coraz gorzej - mamy do czynienia z masowymi zwolnieniami, z dramatycznym spadkiem optymizmu konsumenckiego. Rynek mieszkaniowy nie może się podnieść.

Plan prezydenta Obamy zakłada wydanie 775 mld dol. (5,4 proc. PKB) i stworzenie 3 milionów nowych miejsc pracy. Zawiera obniżki podatków, zachęty podatkowe do tworzenia nowych miejsc pracy i inwestycji, jak również wsparcie dla rządów w poszczególnych stanach, których finanse są w jeszcze gorszej kondycji. Wsparcie dla bezrobotnych oraz wydatki na infrastrukturę również mają wzrosnąć.

Dużym plusem jest stały charakter obniżek podatków. W odróżnieniu od jednorazowych zwrotów jak w lecie 2008 roku, tym razem obniżki pozostają. Daje to większe szanse, że Amerykanie wydadzą te pieniądze, zamiast je zaoszczędzić. Z drugiej strony, obniżki są rozłożone na dwa lata, czyli ich wpływ na 2009 rok będzie ograniczony. Dodatkowo ich wielkość może być zbyt mała, aby doprowadzić do szybkiego odbicia, co najwyżej zapobiegnie jeszcze gorszej recesji.

Największe problemy pojawią się w dłuższym okresie, gdy generacja tzw. baby-boomers przejdzie na emeryturę, a wydatki na zdrowie i emerytów zaczną gwałtownie rosnąć, powiększając jeszcze bardziej deficyt budżetowy. Przyszłe generacje będą musiały zapłacić za obecną falę wydatków. Za tę zapowiadaną również. Powaga sytuacji nie pozostawia nam chyba jednak innego wyboru.