I co z tą pralką?

 Pralka to jeden z najważniejszych wynalazków XX wieku. Klucz do zrozumienia wielu fundamentalnych przemian społecznych i ekonomicznych.

A nie internet?

W porównaniu z pralką zmienił niewiele. Niestety, społeczeństwo zawsze ma skłonność do patrzenia na przeszłość przez odwrócony teleskop. Wszystko, co zdarzyło się kiedyś, wydaje nam się jakieś takie małe i mało ważne. Z kolei obecne zmiany widzimy odwrotnie, jako zbyt duże w stosunku do ich prawdziwego znaczenia.

Pojawienie się internetu to jednak rewolucja?

Nie do końca. Owszem, zmienił sposób spędzania wolnego czasu: dał nam możliwość gawędzenia na Skypie czy Facebooku z osobami po drugiej stronie globu. Znacząco zwiększył też wydajność poszukiwania informacji, zbierając moc wiedzy, choć nie zawsze pewnej, w jedno łatwo dostępne miejsce. Ale co oprócz tego? Cóż rewolucyjnego w tym, że kiedyś kupowaliśmy w sklepie, a teraz robimy to, siedząc przed komputerem? Albo zamiast książek czytamy e-booki? Porównajmy to z prawdziwymi rewolucjami. Popularyzacja pralki zmniejszyła ilość czasu potrzebnego do zrobienia prania z 4 godzin do 41 minut. Nie brak głosów, że był to decydujący moment dla rozwoju emancypacji kobiet, które dzięki wyzwoleniu z tego czasochłonnego obowiązku mogły się zająć samorealizacją i wejść na rynek pracy. To z kolei sprawiło, że stały się finansowo bardziej niezależne od swoich mężów i przestały być wyłącznie strażniczkami ogniska domowego. Tak zrodził się feminizm. Oto jak jeden wynalazek zmienił na zawsze całe społeczeństwo. Albo telegraf. Wielu z nas nie potrafi powiedzieć, co to takiego. A przecież zrewolucjonizował komunikację dalece bardziej niż internet. W latach 90. XIX wieku przesłanie wiadomości przez Atlantyk trwało 8–9 dni. Telegraf umożliwił przekazanie dowolnej informacji z Ameryki do Europy w ciągu... 7–8 minut. Czyli 2,5 tys. razy szybciej. Jak na tym tle wygląda ten „cudownie przełomowy internet”? Dzięki niemu możemy wysłać dokument liczący 30 tys. słów w 10 sekund. Faks potrzebował na to 16 minut. To ledwie 100 razy szybciej. Więc gdzie ta rewolucja?

Wiara w to, że żyjemy w wyjątkowych czasach wielkiego technologicznego przełomu to niejedyny mit, który podważa pan w swojej książce „23 rzeczy, których wam nie mówią o kapitalizmie”. Który jest najważniejszy?

Ten pierwszy i podstawowy, od którego wszystko się zaczyna, to wiara w wolny rynek. Ze wszystkich stron słyszymy, że interwencja rządu w gospodarkę upośledza jego efektywność. Jeśli ludzie nie mogą maksymalizować swoich działań, to automatycznie tracą ochotę do inwestowania i innowacyjności. Ludzie powinni mieć „wolny wybór” – tak brzmi zresztą tytuł najbardziej znanej prorynkowej książki w historii XX wieku, której autorem jest Milton Friedman.

A czy pan uważa, że nie powinniśmy mieć wolnego wyboru?

Nie. Ja tylko udowadniam, że my tego wyboru faktycznie nie mamy. Bo coś takiego jak wolny rynek po prostu nie istnieje. I nie jest to ani dobre, ani złe. Tak po prostu jest. Nawet w takich krajach jak USA czy Wielka Brytania, które uważa się za bardzo wolnorynkowe, to fikcja. W rzeczywistości zawsze jest jakaś grupa znajdująca się aktualnie u władzy, która decyduje, co jest wolnym rynkiem, a co nim nie jest. Na przykład w 1819 r. brytyjski parlament przyjął ustawę regulującą pracę dzieci. Zabroniono wówczas zatrudniania maluchów, które nie skończyły dziewiątego roku życia. Dzieci w wieku od 10 do 16 lat mogły pracować nie więcej niż 12 godzin dziennie. Nowe przepisy nie regulowały oczywiście całej gospodarki, lecz tylko pracę w przędzalniach. Natychmiast po uchwaleniu tego prawa podniósł się krzyk. Jego przeciwnicy argumentowali właśnie z pozycji wolnorynkowych – mówiono, że ten zakaz uderzy w brytyjską gospodarkę i uczyni ją mniej konkurencyjną. W końcu wówczas większość krajów nie miała jeszcze takiego ustawodawstwa, ba, większość z gospodarczych rywali mogła bez przeszkód zaopatrywać się w siłę roboczą złożoną z niewolników. W czasie debaty w Izbie Lordów jeden z parlamentarzystów krzyczał, że ustawę trzeba odrzucić, bo praca musi być wolna.

Od tamtej pory świat się jednak trochę zmienił.

Jednak problemy z wolnym rynkiem pozostały. Przecież np. dyskusje o restrykcjach ekologicznych to nowe wcielenie tamtych sporów. Jeżeli ktoś uważa, że prawo ogółu do cieszenia się czystym powietrzem, wodą i zasobami jest ważniejsze od prawa przedsiębiorców do maksymalizacji zysków, ten z całą pewnością poprze ekologiczne ograniczenia narzucane wolnemu rynkowi. Jeśli ktoś sądzi inaczej, będzie narzekał na deptanie wolnego rynku i ostrzegał przed fatalnymi konsekwencjami takiego niedopuszczalnego ograniczania wolności gospodarczej.

Rozumiem, że to pańska polemika z Margaret Thatcher. Ona mówiła kiedyś, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Pan na to, że „nie ma czegoś takiego jak wolny rynek”.

Thatcher, używając tej retorycznej frazy, chciała podkreślić, że ekonomia opiera się na zachowaniach jednostek. I jeżeli ktoś próbuje ograniczać wolność tych jednostek, to automatycznie działa wbrew interesowi ogółu. Szanuję to stanowisko. Ale nie mogę nie zwrócić uwagi, że wyznawcy takiego poglądu są zupełnie ślepi na to, jak złożonym mechanizmem jest gospodarka. Jak zysk jednego ogranicza możliwości drugiego. A jeśli ten pierwszy jest potężnym bogaczem, a ten drugi słabym biedakiem, to nie sposób już tak łatwo podpisywać się pod Thatcherowskim motto. Bo niestety w praktyce wolny rynek wygląda zazwyczaj tak, jak opisał to kiedyś amerykański pisarz Gore Vidal: wolny rynek dla biedaków, socjalizm dla bogaczy. Słabi muszą się boksować z obiektywnymi ekonomicznymi koniecznościami, widmem bankructwa swojej małej firmy albo potrzebą konkurowania na maksymalnie zderegulowanych rynkach. Bogaci tworzą mono- i oligopole, niszczą konkurencję dumpingowymi cenami, a gdy powinie im się noga, zawsze mogą liczyć, że politycy ich uratują. Tak jak wielkie amerykańskie banki czy firmy samochodowe w 2008 r.

Debaty o obecnym kryzysie zadłużeniowym w Europie też są zmitologizowane?

Na każdym kroku słyszę, że obecny kryzys został wywołany przez to, że europejskie rządy przez lata prowadziły nieodpowiedzialną politykę fiskalną i żyły ponad stan. Głównie pompowały ciężkie miliardy w wydatkach na rozbuchane państwo socjalne. To irytujący absurd. Z wyjątkiem Grecji wszystkie kraje, które są dzisiaj w zadłużeniowej pułapce, miały zrównoważone finanse publiczne. Wiele państw, jak Irlandia albo Hiszpania, notowało wręcz budżetowe nadwyżki. Ich kłopoty nie wzięły się więc z tego, że tak bardzo rozpieszczały swoich obywateli dobrodziejstwami państwa socjalnego. Mamy tu raczej do czynienia z efektem dramatycznego spadku wpływów podatkowych, który jest spowodowany recesją, którą z kolei wywołał kryzys finansowy. Do tego doszło ratowanie sektorów bankowych w tych krajach z publicznych pieniędzy. Powtarzanie w tej sytuacji, że wszystkiemu winne są nieodpowiedzialne rządy, uważam za niemoralne oraz w długim okresie bardzo niebezpieczne.

Niemoralne rozumiem, ale czemu niebezpieczne?

Ponieważ ta linia argumentacyjna rodzi kolejne mity i może tylko zaostrzyć kryzys. Jeżeli ja wydaję więcej, niż zarabiam, mogę albo ograniczyć wydatki, albo zmienić pracę. To naturalne. Ale jeśli naraz zaczną oszczędzać miliony ludzi, nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, jakie będą tego skutki dla gospodarek narodowych. Przecież w ekonomii jest tak, że mój wydatek to twój dochód, i na odwrót. Ten mechanizm i tak został na Zachodzie w ostatnich 20–30 latach rozchwiany, bo na wielkim boomie lat 90. i pierwszej dekady XXI wieku dorobili się głównie najbogatsi. W latach 1989–2006 w USA najbogatsze 10 proc. społeczeństwa zgarnęło 91 proc. całego wypracowanego wówczas wzrostu dochodów. Z tego 59 proc. przypadło na najbogatszy 1 proc. Stało się to nieprzypadkowo. Taki stan rzeczy był efektem panującego wówczas neoliberalnego przekonania, że oddając najbogatszym większy kawałek tortu, działamy w interesie całego społeczeństwa. Bo dzięki temu cały tort się powiększy. Nic takiego nie nastąpiło. Jeśli zestawić tempo rozwoju zachodnich gospodarek w tym okresie ze wzrostem notowanym w latach 1950–1980, to okaże się, że tort nie powiększał się szybciej, lecz wolniej.