Czy czuje się pan odpowiedzialny za wybuch kryzysu finansowego?

Ja? Dlaczego?

To pan do spółki z ekonomistą Fischerem Blackiem opracował nagrodzoną Nagrodą Nobla formułę matematyczną, która pozwalała szacować ryzyko związane z handlem derywatami. Aż do wybuchu kryzysu w 2008 roku była ona powszechnie używana przez większość bankierów na świecie.

Nie czuję się odpowiedzialny za wybuch kryzysu. To tak jakby oskarżać producenta samochodów o to, że ludzie nieostrożnie z nich korzystają, przekraczają prędkość i powodują wypadki, robiąc krzywdę sobie i innym. Nie można przecież winić autora pewnego modelu ekonomicznego za to, że bankowi eksperci od szacowania ryzyka użyli tego modelu, opierając się na błędnych założeniach. Nie jestem odpowiedzialny za podejmowane przez nich nadmierne ryzyko inwestycyjne. To oni są za to odpowiedzialni.

W tym sensie pan również ponosi część winy. Przynajmniej za straty klientów współzałożonego przez pana w latach 90. funduszu hedgingowego Long Term Capital Management (LTCM), który upadł w 1998 r., tracąc 4 mld dol. Kilka dni temu były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt podczas publicznej dyskusji złośliwie przemianował Long Term Capital Management (długoterminowe zarządzanie kapitałem) na Short Term Capital Mismanagement (krótkoterminowe sprzeniewierzanie kapitału). Jego zdaniem to właśnie takie instytucje finansowe doprowadziły do kryzysu w 2008 r.

Inwestowanie pieniędzy nigdy nie jest stuprocentowo bezpieczne. Nawet jeśli posługujemy się najlepszymi modelami. Można najwyżej – jako fundusz – próbować znaleźć złoty środek pomiędzy zyskownością inwestycji a minimalizowaniem ryzyka strat. Przyznaję z perspektywy czasu, że ryzyko inwestycyjne podjęte przez LTCM było zbyt duże w stosunku do obiecanych zysków. Wydawało nam się, że uda się je osiągnąć, rozkładając inwestycje na wiele lat, ale inwestorzy nie dali nam tyle czasu. To nie było sprzeniewierzenie, tylko nieudana inwestycja.

Z której części kariery jest pan bardziej zadowolony: z bycia wysoko postawionym finansistą czy akademikiem, którego teorie były wprowadzane w życie przez innych bankowców?

To dwie różne perspektywy. Jako teoretyk patrzę na gospodarkę, jakbym patrzył z dystansu na płynącą rzekę. Gdy obserwuje się ją z daleka – na przykład z okien samolotu – wydaje się, że majestatycznie zmierza spokojnie do ustalonego już wcześniej miejsca. Kiedy sam jesteś aktywnym graczem, postrzegasz to inaczej. Gdy podchodzisz blisko do tafli wody, widzisz, jak wiele w niej wirów, przeszkód i sprzeczności. To fascynujące doświadczenie niedostępne dużej części zarówno teoretycznych ekonomistów, jak i wyjadaczom z Wall Street.

Dlaczego więc, dysponując doświadczeniem zdobytym po obu stronach barykady, nie ostrzegał pan zawczasu przed wybuchem kryzysu finansowego?

Kryzys był dla mnie samego niespodzianką. W przeciwieństwie do wielu obserwatorów uważam, że można go było uniknąć. Zaskoczyło mnie, gdy we wrześniu 2008 r. tuż po upadku Lehman Brothers Henry Paulson (ówczesny sekretarz skarbu USA – red.) i Ben Bernanke (szef Rezerwy Federalnej – red.) pojawili się w Kongresie z trzema stronami napisanego naprędce planu ratowania systemu finansowego. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy ogłosili, że ich pomysł polega na kupowaniu niepłynnych aktywów od banków, bo inaczej cała gospodarka się zawali. Oczywiście wystraszyli wszystkich i przyczynili się do paniki na rynkach. Nie tylko w USA, ale na całym trzymającym amerykańskie papiery świecie.

A co powinni byli pańskim zdaniem zrobić?

Należało pozwolić, by Lehman Brothers zbankrutował, a akcjonariusze ponieśli tego negatywne konsekwencje. Ale nie w sposób chaotyczny, jak to miało miejsce w USA, tylko poukładany. Czyli zgodnie z obowiązującym prawem, które przewiduje przecież możliwość bankructwa. Dopiero wówczas można by zobaczyć, jak głęboko sięgały konsekwencje upadku tego banku dla całego systemu. I na tej podstawie modyfikować regulacje rynków finansowych. Politycy powinni byli sprzedać opinii publicznej wiadomość: wierzymy w rynki, Lehman i inni to odosobnione wyspy nieprawidłowości, ale cała reszta jest zdrowa. Zamiast tego mieliśmy paniczne okrzyki, że wszystko się wali. I właśnie dlatego zawaliło się o wiele więcej niż mogło. Część instytucji finansowych skorzystała z okazji i przerzuciła na podatnika niezbyt udane inwestycje. Tymczasem trzeba było minimalizować straty, mówiąc, że wszystko jest pod kontrolą, a jednocześnie bez rozgłosu reformować luki w systemie.

Czyli jednak przyznaje pan, że zachodni system bankowo-finansowy nie działał optymalnie?

Oczywiście, i na dodatek nie działa nadal. Pierwsza rzecz to potrzeba zreformowania zachodniego systemu księgowego. Wydawała mi się ona użyteczna już przed kryzysem, ale dopiero teraz nabrałem przekonania co do konieczności takiego kroku. Ten system powinien być dużo bardziej przejrzysty i dawać dużo więcej informacji czytelnych dla osób spoza tych instytucji. Nawet potencjalny inwestor instytucjonalny na dobrą sprawę nie jest w stanie w pełni zbadać wszystkich ksiąg i poziomu ryzyk wielu międzynarodowych holdingów finansowych. One absolutnie nic nie mówią, a to jest przecież wręcz idealne zaproszenie do pokusy nadużycia (tzw. moral hazard – red.). Kluczowe jest poprawianie mechanizmów dotyczących bankructwa, zwłaszcza gdy jest ono spowodowane uwikłaniem w transakcje z udziałem derywatów. Takie transakcje powinny być lepiej widoczne w bilansach instytucji finansowych. Bez zmian na tym polu sytuacja takich firm jak AIG (amerykański gigant ubezpieczeniowy, który w czasie krachu 2008 r. stracił płynność finansową i musiał zostać ratowany przy pomocy państwowego bailoutu – red.) będzie się powtarzała.

Załóżmy, że uda się wmontować w amerykański system finansowy odpowiednie mechanizmy zabezpieczające przed powtórką historii Lehman Brothers. Czy wówczas Ameryka znów może wrócić do roli gospodarczego motoru zachodniego świata?

Uważam, że potencjał amerykańskiej gospodarki jest znakomity. Wciąż mamy zdumiewający kapitał ludzki, bardzo wysoką produktywność, masę innowacji i gotowych na ryzyko przedsiębiorców. Nie jesteśmy krajem stetryczałym i sklerotycznym. Mamy wiele przewag konkurencyjnych. Obecnie największym problemem jest poczucie braku kierunku, które zapanowało na poziomie rządu, banku centralnego i organizacji regulacyjnych. Gdy kompromis zostanie wypracowany, gospodarka znów ruszy do przodu. Jesteśmy jak człowiek, który ma nowiutkie, lśniące lamborghini, ale musiał wstawić je do garażu, by wymienić oponę. Kiedy tylko ją zamocuje i wyjedzie na ulicę, znowu wszyscy będą mu zazdrościli.

Na razie się na to nie zanosi.

Ostrzegam, niejeden sparzył się już, nie doceniając Ameryki. Naszym problemem jest dziś brak zgody co do reformy wydatków rządowych i brak politycznego kompromisu. Ale to się w końcu zmieni. Amerykanie często używają sformułowania „enough is enough” (co za dużo, to niezdrowo – red.). W pewnym momencie przychodzi otrzeźwienie. Pokazaliśmy to już w historii wiele razy. W końcu amerykańska potrzeba wolności gospodarczej zwycięży. Jestem o tym przekonany.

Myron S. Scholes, urodzony w Kanadzie laureat ekonomicznego Nobla z roku 1997 r. Został nagrodzony za model pozwalający na wycenianie cen opcji (tzw. model Blacka-Scholesa). Obecnie jest emerytowanym profesorem na Uniwersytecie Stanforda w Kaliforni. Równolegle do kariery naukowej pracował w sektorze finansowym. Najpierw jako konsultant czołowego wówczas amerykańskiego banku Salomon Brothers, potem w roli współtwórcy dwóch funduszy hedgingowych (jeden z nich – LTCM – zbankrutował).

Wykład laureata Nagrody im. Nobla - prof. profesora Myrona S. Scholes „Niepewność i regulacje finansowe” 30 sierpnia 2011 r. zapraszamy na transmisję on-line!