Jacek Zimny: Nie jesteśmy nawiedzonymi ekologami, lecz obchodzi nas interes kraju, więc pytamy, dlaczego Polska nie może mieć elektrowni wykorzystujących wody geotermalne, skoro mamy tak bogate zasoby. Mała energetyka w coraz większym stopniu może budować lokalne bezpieczeństwo i samowystarczalność energetyczną, dając w dodatku tak potrzebne nowe miejsca pracy.
Publikacja: 30 grudnia 2010, 15:50 Aktualizacja: 30 grudnia 2010, 15:53
Czy Polska jest krajem bogatym w zasoby geotermalne, czy może przeciwnie, nie ma się czym ekscytować?
Na mieszkańca mamy największe zasoby geotermalne w Europie. Na podstawie około 30 tys. odwiertów, jakie do tej pory wykonano w Polsce, można powiedzieć, że mamy ogromne zasoby przekraczające 150 razy nasze roczne zapotrzebowanie. Wiercono z reguły otwory do głębokości 3 kilometrów, choć zdarzyło się także do 7 kilometrów, w rejonie jeziora Gopło. Polska oś ciepła geotermalnego biegnie od Szczecina, przez Poznań do Rzeszowa. To nasz gorący rów termiczny. Badania prowadzone przez Niemców potwierdziły nasze szacunki. Z kolei ich zasoby geotermalne są trzy razy mniejsze niż Polski.
Polska jest bardzo dobrze rozwiercona i dzięki temu określono, że zasoby geotermalne przeliczone na jednostkę energii, czyli na gigajule, przekraczają 150 razy nasze roczne potrzeby. A więc tyle mamy ciepła i energii w gorącej wodzie i skałach do głębokości 3 kilometrów, a stanowi to około 99 procent wszystkich zasobów odnawialnych. Są to gigantyczne zasoby. Na drugim miejscu znajdują się zasoby biomasy w Polsce, co wynika z faktu, że Polska jest dużym krajem, szóstym pod względem powierzchni w Europie i czwartym jeśli chodzi o powierzchnię rolniczą, z blisko 3 milionami hektarów nieużytków. Udokumentowane źródła geotermiczne mogłyby być podstawowym naszym źródłem energii w XXI wieku. Naszym bogactwem narodowym nie są więc węgiel ani gaz, ale gorące podziemne wody.
Same ogromne zasoby to dopiero połowa sukcesu. Problem, jak się do nich dostać i za ile? Czy nas na to stać?
Zacznijmy od tego, jak się do nich dostać. Na szczęście technologia wierceń idzie tak niesłychanie naprzód, że już dzisiaj omijamy największe problemy. A związane były na przykład z koniecznością wiercenia dwóch otworów, ze względów technicznych w odległości 1 kilometra od siebie. Kiedy wiercono na Podhalu, przez rok negocjowano z góralami w sprawie własności działek, przez które musiał przechodzić rurociąg łączący oba otwory. Dzisiaj już możemy o tym zapomnieć. Amerykanie opracowali technologię tak zwanego wiercenia poziomego we wnętrzu ziemi. Dzisiaj można wiercić i wchodzić w to samo złoże na głębokość kilku kilometrów. Wchodzi się w złoże geotermalne, które ma na przykład długość 100 metrów, i ciągnie w ziemi rurę niczym w chodniku w kopalni. Specjalnie umieszczone w rurze co kilkadziesiąt metrów ładunki wybuchowe rozszczelniają złoże i pozwalają na eksploatację. Oczywiście trzeba byłoby kupić nowe wiertnie, które drążą nie prosto w głąb ziemi, ale pod pewnym kątem.
I tu zapewne pojawi się problem finansowy, bo jest to przypuszczalnie szalenie droga technologia wierceń.
Nie tak bardzo, bo ta najnowsza technologia jest droższa o około 25 proc. W Polsce wykonano już pierwsze tego typu otwory.
Jakie ma pan argumenty, by wykorzystywać wody geotermalne, a nie ropę czy gaz?
Ropa, gaz i gorące wody występują w tym samym złożu. Można obrazowo przyrównać je do mleka ścinającego się na kwaśne, gdzie śmietanką u góry jest ropa, niżej gaz, które razem stanowią 5 proc. energii złoża, a resztę, czyli 95 procent, stanowią znajdujące się pod nimi wody geotermalne. Po co więc przetwarzać ropę czy gaz, skoro mamy gorące wody.
źródło:
Dziennik Gazeta Prawna
1: Zakopiańczyk z IP: 93.181.160.* (2011-04-18 11:09)
"Wystarczy wybrać się do Bańskiej i Szaflar, by zobaczyć, że korzystając z wód geotermalnych, można być samowystarczalnym."
Tak tak, tylko,że w okresie kiedy mamy spadającą temperaturę zewnętrzną geotermia jest wspomagana kotłownią gazową bo z odwiertu płynie za zimna woda.
I to tyle jesli chodzi o nasze potężne zasoby geotermalne...

Od początku maja baryłka ropy potaniała o 15 proc. Nie oznacza to jednak, że możemy się spodziewać spadku cen na stacjach w Polsce, bo przeszkadza w tym umacniający się dolar.




