Reforma emerytalna była i jest jednym z największych sukcesów transformacji. Mieliśmy odwagę podjąć decyzję o jej przeprowadzeniu jako jeden z pierwszych krajów w Europie, dziesięć lat temu, kiedy gospodarka nie była jeszcze tak rozwinięta jak teraz. Był to swoisty kontrakt z obywatelami, aby długo pracowali, w zamian za co mieli otrzymać godziwe świadczenia.

Pani zdaniem system OFE nie wymaga zmian?

Każdy system po jakimś czasie wymaga sprawdzenia. Zawsze można coś poprawić w ślad za zmieniającą się rzeczywistością i nabytymi doświadczeniami. Zastanowienia wymagają np. wysokie koszty funkcjonowania tego mechanizmu. Nie można jednak niszczyć dobrze zorganizowanego systemu emerytalnego i wycofywać się z umowy społecznej tylko w imię krótkoterminowych interesów budżetu. Przeniesienie środków z jednego do drugiego miejsca zaczyna przypominać gospodarkę ręcznie sterowaną.

Po Europie krąży widmo podatku bankowego. To dobry pomysł?

Błędem jest wrzucanie wszystkich krajów do jednego worka. Polski sektor bankowy nie wywołał kryzysu, który miał swoje źródło w krajach bardziej rozwiniętych. Wywołany był przez wysoko zlewarowane banki, których nikt nie kontrolował, bo były zbyt duże, by upaść. My tylko odczuliśmy negatywne skutki kryzysu. Polski sektor bankowy nie wziął nawet złotówki z budżetu państwa, a w 2009, najtrudniejszym roku, był ciągle zyskowny. Banki odprowadzały podatki i kreowały wartość dodaną dla akcjonariuszy. Zatem nie ma za co ich karać.

Wprowadzenie w Polsce podatku bankowego spowodowałoby nie tylko zatrzymanie rozwoju tego sektora, lecz także dotknęłoby rodzime przedsiębiorstwa i osoby fizyczne, które dopiero od kilku lat na szeroką skalę korzystają z dobrodziejstw sektora. Nie powinniśmy tego zatrzymywać. Koszty opodatkowania w konsekwencji przeniosą się bowiem na ostatecznego klienta i odczuje je cała gospodarka.

A w Polsce sektor bankowy wciąż nie wspiera gospodarki w takim stopniu, jak by mógł. Kredyty dla osób fizycznych stanowią 30 proc. PKB, a w Europie Zachodniej średnio 60 proc. Jeszcze gorsza proporcja jest w przypadku kredytów dla przedsiębiorstw. U nas jest to 17 proc., a w Europie Zachodniej ponad 50 proc. A zatem wprowadzenie tego podatku negatywnie wpłynęłoby na rozwój gospodarczy Polski.

Autorom zmian chodzi o to, by nie doprowadzać do sytuacji, w jakiej jest teraz Irlandia. Koszty ratowania tamtejszego sektora bankowego są tak duże, że rząd zwraca się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Wrócę do wątku wrzucania wszystkich krajów do jednego worka. Irlandia to skrajny przypadek. Wystarczy wspomnieć, że aktywa sektora bankowego w tym kraju to ośmiokrotność jego PKB. Dla porównania w Polsce jest to blisko 80 proc. PKB. Podatek bankowy nie rozwiąże problemu Irlandii, bo tam nałożyło się wiele innych czynników.

Pani bank ma znakomite wyniki. 660 mln zł zysku netto w III kwartale, dużo kapitału. Może czas na przejęcia?

Ten wynik jest o 7 proc. wyższy niż przed rokiem. A więc nasza polityka stabilnego rozwoju sprawdza się nie tylko w kryzysie. Ważna jest długoterminowa polityka rozwoju banku i tej zasadzie hołdujemy. A decyzję o potencjalnym przejęciu podejmiemy, jeśli na rynku pojawi się atrakcyjna okazja z punktu widzenia wykorzystania kapitału.

Jeszcze nie ma takiej okazji?

Obserwujemy rynek. Myślę, że w przyszłym roku, kiedy banki zaczną się dostosowywać do nowych wymogów regulacyjnych i kiedy rządy krajów będą się domagać zwrotu środków za programy ratowania swoich banków, zauważymy na rynku ruchy właścicielskie. To będzie proces, nic się nie stanie z dnia na dzień. Jednak rządy mają problemy z deficytami, więc na pewno zwrócą się do banków o zwrot zadłużenia. A wtedy udziałowcy mogą reagować i wiele banków może zostać wystawionych na sprzedaż.

I nadarzy się okazja na ogłoszenie o treści: „Tani bank sprzedam”, a Pekao odpowie jako jeden z głównych oferentów?

Nie tylko tani, lecz także efektywny, z dobrą strukturą aktywów i ze zbieżną z nami filozofią funkcjonowania na rynku.

Jak pani ocenia polską gospodarkę? W przyszłym roku będzie wzrost?

Polska gospodarka dobrze się rozwija, choć wolniej niż przed kryzysem. Wciąż jest to jednak jeden z najwyższych wzrostów w Europie. Jeśli w przyszłym roku będzie wynosił od 3,5 do 4 proc., to powinniśmy się zastanowić, jak go wykorzystać. Dobrze, że rozwój w coraz większym stopniu opiera się na popycie wewnętrznym, bo to czyni nas bardziej niezależnymi od tego, co dzieje się w Europie. Dzięki spadkowi bezrobocia mamy większy popyt zarówno na produkty, jak i na kredyty. Dotąd, głównie za sprawą unijnych środków, mieliśmy inwestycje przede wszystkim w sektorze publicznym. Z czasem konieczne będą też inwestycje w sektorze prywatnym, bo poziom wykorzystania mocy produkcyjnych polskich firm konsekwentnie rośnie. Jeśli te wszystkie założenia się spełnią, to przed nami są bardzo dobre perspektywy.

Pytanie, czy dobrze wykorzystamy to, co one niosą: na zmniejszenie zadłużenia, na reformę finansów publicznych. Wzrost gospodarczy będziemy mogli wykorzystywać w zależności od tego, jak zreformujemy finanse. Mówiąc w skrócie, przed nami decydująca batalia o dalszy rozwój polskiej gospodarki.