Tegoroczny deficyt ma wynieść 112 mld zł. Czy tracimy kontrolę nad finansami publicznymi?

Z powodu kryzysu w wielu krajach europejskich deficyty finansów publicznych okazują się większe, niż spodziewano się na początku roku. W Polsce wynika to wyłącznie z tego, że dochody są niższe, szczególnie z podatku od osób prawnych CIT, z którego wpływy pozostają zawsze najbardziej zmienne ze wszystkich. I tak jest też w innych krajach. Gorzej byłoby, gdyby to wydatki okazały się wyższe, niż oczekiwaliśmy. A te są pod pełną kontrolą. Po stronie wydatkowej nie przewidzieliśmy tylko powodzi. Jej skutki finansowe sięgną 3 mld zł.

Skąd pewność, że wpływy z podatków zaczną rosnąć? Prof. Witold Modzelewski uważa, że to płonne nadzieje, bo w Polsce następuje erozja systemu podatkowego. Ludzie coraz mniej boją się fiskusa i ukrywają dochody.

Cieszę się, że ludzie mniej się boją fiskusa, ale nie oznacza to, że są mniej uczciwi w swoich zeznaniach podatkowych. Ludzie nie unikają płacenia VAT, akcyzy, PIT-u. Mamy tylko problem z CIT-em. Można rzec, że ciągnie za sobą długi ogon – na obecnych wynikach odbijają się jeszcze straty z bardzo trudnego 2009 r. Sytuacja jednak poprawia się i łączne wpływy z podatków w tym roku przekroczą nawet nieco poziom zapisany w budżecie. A jeśli chodzi o prof. Modzelewskiego, to mamy w Polsce dużo oryginalnych myślicieli.

Kogo by pan jeszcze zaliczył do grona oryginalnych myślicieli?

Są ludzie poważni, niepoważni i totalnie niepoważni. Jeżeli ktoś, jak Krzysztof Rybiński, próbuje udowodnić, że zadłużamy się dwa razy szybciej niż za Gierka i np. zalicza 250 mld zł przekazywanych nam środków unijnych do długu, argumentując, że gdybyśmy ich nie mieli, pewnie bralibyśmy kredyty na te wydatki, trudno ocenić, czy sam siebie poważnie traktuje. A do jakiej konkluzji dochodzi? Że w 2020 r. nastąpi jakaś katastrofa. W tym kontekście należy pamiętać, że według obliczeń Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego Polska ma najlepiej zrównoważone finanse publiczne w długim horyzoncie czasowym. Dzięki naszej reformie emerytalnej Polska jest bowiem jedynym krajem UE z ujemnymi długookresowymi kosztami starzenia („long term cost of aging”). Jak ktoś chce histeryzować, w wolnym kraju może to robić. Po ulicach Londynu od 40 lat chodzi człowiek z transparentem „Koniec nadchodzi”. I nie można mu udowodnić, że się myli i że jutro świat się nie skończy. Zresztą stał się wielką atrakcją turystyczną.

Jednak rząd krytykuje i pogania do reform bardzo liczna grupa i polskich, i zagranicznych ekonomistów. Chyba trudno ich wszystkich nazwać oryginalnymi myślicielami?

Zagraniczni są, ale jest ich mało. Jeśli chodzi o krajowych komentatorów, mamy popyt na czarnowidztwo, dostarczanie dreszczyku emocji, a każdy lubi być publikowany. Snucie katastroficznych wizji jest ciekawsze niż to, że rząd w standardowy, nawet nudny, choć skuteczny sposób przeprowadza kraj przez największy kryzys od czasu II wojny światowej. Co więcej, z relatywnie małym wzrostem długu. W relacji do PKB w latach 2008 – 2011 zwiększy się on o 12,1 pkt proc. To rzeczywiście dużo więcej, niż chcielibyśmy, ale o połowę mniej niż przeciętna w UE i o wiele mniej niż w wielu innych krajach, takich jak Czechy, Niemcy, Francja czy Dania. A już w 2013 r. nastąpi spadek tej relacji.

Co więcej, gdybyśmy nie mieli garbu OFE – a jest to inwestycja w przyszłość, nie w konsumpcję – dług przestałby się zwiększać już w przyszłym roku, a wzrost długu w całym okresie kryzysowym wynosiłby jedynie 5 pkt proc. PKB, czyli mielibyśmy czwarty najniższy wzrost w całej UE. Dobrze, że prof. Leszek Balcerowicz wywiesza licznik długu, ale – aby pokazać pełną prawdę dotyczącą naszego zadłużenia – powinien obok licznika długu wywiesić licznik ze wzrostem PKB i z długiem wynikającym z transferów do OFE.

Renomowany bank inwestycyjny Nomura uważa, że polski rząd wstrzymuje się z radykalnymi cięciami i naprawą finansów publicznych w obliczu przyszłorocznych wyborów parlamentarnych.

MFW potwierdza, że rząd podjął – w roku wyborczym – działania obniżające deficyt o 1 proc. PKB, podczas gdy stawiane często za wzór Niemcy, o dwukrotnie większym długu do PKB, podejmują działania na 0,4 proc. PKB, i to w roku powyborczym. Według MFW jesteśmy na dobrej drodze, choć oczywiście będziemy musieli podjąć dalsze działania w kolejnych latach, i to zrobimy.

W zasadzie przez kryzys już przeszliśmy, w dodatku suchą stopą, i możemy spokojnie brać się za konsolidację finansów publicznych. Po trzech kolejnych konsolidujących budżetach najpóźniej w 2013 r. osiągniemy deficyt poniżej 3 proc. Działamy na zasadzie 3 x S: stanowczo, stopniowo, skutecznie.

Skutecznie podretuszował pan stan finansów twórczą księgowością, np. wyłączając z budżetu do specjalnego funduszu wydatki drogowe. Gdyby nie takie zabiegi, moglibyśmy już w tym roku przekroczyć próg ostrożnościowy, czyli relację długu do PKB w wysokości 55 proc.

Taka klasyfikacja w przypadku Krajowego Funduszu Drogowego jest uzasadniona. Chodzi o to, że środki przezeń wydane UE zwróci nam po roku, dwóch, dlatego są one jakby naszą pożyczką dla Komisji Europejskiej. Nie ma więc powodu, żeby je zaliczać do naszego globalnego zadłużenia.

Prof. Jerzy Hausner powiedział, że efekt wieloletniego planu finansowego „będzie niewielki i dalece niewystarczający”. Ekonomiści kwestionują też wyliczenia zawartych w nim korzyści, np. związanych z pana ukochanym dzieckiem, regułą wydatkową. Jak to jest z tymi wyliczeniami?

Jedni je kwestionują, inni nie. W sytuacji gdy w przyszłym roku oczekujemy utrwalenia przyspieszenia gospodarczego, rzecz w tym, aby wydatki nie przyśpieszały, tak jak w przeszłości i właśnie to reguła zapewnia. W 2009 r. na skutek kryzysu wydatki publiczne po odjęciu samorządów, środków unijnych i ich współfinansowania wzrosły o 9,6 proc. nominalnie, a w tym roku już tylko o 4,8 proc. W przyszłym roku, dzięki przyśpieszeniu wzrostu i regule wydatkowej, wzrosną jedynie o 3,3 proc. Liczby podawane przez niektórych ekonomistów, pokazujące szybszy wzrost wydatków, nie rozróżniają wydatków unijnych od krajowych, co jest absurdem.

Czy w propozycjach cięć, które zgłaszają ekonomiści, nie widzi pan takich, z których można skorzystać?

Budżet na 2011 r. już bardzo konsoliduje finanse publiczne. Zamroziliśmy płace w budżetówce, co da nam 1,9 mld zł w skali roku i ograniczyliśmy zasiłek pogrzebowy, na czym zyskamy 900 mln zł. Kolejne 700 mln zł da nam rozwiązanie, zgodnie z którym osoba przechodząca na emeryturę, zamierzająca dalej pracować, będzie musiała się zwolnić i ponownie zatrudnić. Zamroziliśmy progi podatkowe. 2 mld zł oszczędzimy też na zawieszeniu możliwości odliczenia podatku VAT na samochody z kratką i ograniczeniu ulgi na biopaliwa. W przyszłym roku powinniśmy już zyskać 3 – 4,5 mld zł dzięki wprowadzeniu w ubiegłym roku emerytur pomostowych. Oczekujemy też, że samorządy będą ograniczać deficyty o 0,3 – 0,4 pkt proc. PKB rocznie. Działamy na szeroką skalę. Łącznie na ponad 17 mld zł w 2011 r. Jest to idealny moment na taką konsolidację, bo wzrost gospodarczy przyśpiesza. MFW w ostatnim raporcie podniósł prognozę wzrostu polskiej gospodarki z 2,7 na 3,4 proc. w tym roku, zaś w przyszłym z 3,2 na 3,7 proc. Ja jestem nieco bardziej optymistyczny.

Liczy pan na zmniejszenie deficytu samorządów, a te nic sobie z tego nie robią. Zadłużają się na potęgę, próbując przy tym często obchodzić ograniczenia. Banki oferują im specjalne instrumenty finansowe ukrywające dług, powołuje się spółki córki, które się zadłuża...

Będziemy sprawdzać takie próby obchodzenia przepisów. Dla mnie reguły są jasne i samorządy będą musiały stopniowo zmniejszać deficyty.