ROZMOWA

PAWEŁ ROŻYŃSKI:

W liście otwartym zarzucił pan Donaldowi Tuskowi, że nie liczy się ze zdaniem ekonomistów ostrzegających przed skutkami zadłużania się państwa. Przekonywał pan, że potrzebne są prawdziwe reformy, a nie kosmetyczne działania. I mamy już odpowiedź premiera: jesienią przedstawi plan reform.

STANISŁAW GOMUŁKA*:

Nie wierzę, by zdecydowane działania zostały podjęte przed przyszłorocznymi wyborami. Zapewne wygra pogląd, by nie niepokoić elektoratu. To może być dobra strategia na maksymalizację czasu utrzymania się przy władzy. Dobry polityk myśli jednak, co zrobić najlepszego dla kraju, w jego długofalowym interesie.

Co zatem powinien zrobić rząd?

Przedstawić trudną sytuację polskich finansów publicznych i pokazać, skąd weźmie w ciągu trzech lat 50 – 60 mld zł, bo tyle trzeba znaleźć, zarówno zwiększając dochody, jak i redukując wydatki. Podwyżka VAT ma przynieść tylko 5,5 mld zł. To 10 proc. potrzebnego pakietu. Rząd mówi, że kupuje czas. Minister Rostowski przynajmniej przyznał ostatnio w debacie sejmowej, że obniżek podatków uchwalonych przez Sejm w latach 2006 – 2007 nie powinno się było wprowadzać w życie bez reform, które by takie obniżki zabezpieczały przez odpowiednie zmniejszenie wydatków. Tymczasem wprowadzał je także rząd Tuska, mimo iż w latach 2007 – 2010 wydatki publiczne wzrosły o dziesiątki miliardów zł.

Jak teraz przekonywać społeczeństwo do wyrzeczeń, gdy informowano je, że jesteśmy zieloną wyspą na wzburzonym morzu recesji?

Rząd wpadł w pułapkę własnej propagandy. Zwracał uwagę, że utrzymaliśmy wzrost, a nie na to, że znacząco wyhamowaliśmy. Ponadto lekceważył destabilizujące skutki kontynuacji polityki finansowej PiS-u. Nie można jednak budować zaufania między władzą a społeczeństwem w oparciu o ograniczoną informację czy nawet dezinformację. Teraz należałoby zrobić rachunek sumienia i powiedzieć, że mamy zwiększone wydatki inwestycyjne, wyższe płace w sektorze budżetowym, wyższe emerytury, niższą składkę renową (koszt 25 mld zł), dużą ulgę prorodzinną (koszt 6 mld zł), niższy podatek PIT (koszt 9 mld zł) i w związku z tym ogromny problem z domknięciem finansów publicznych. Trzeba przede wszystkim mówić o negatywnych skutkach braku reform, pokazywać, że wszystkie mają służyć ludziom, tyle że na krótką metę niektóre mogą być kosztowne. Teraz wygląda to tak: co chwila któryś z ministrów coś ogłasza, wycofuje się, potem proponuje coś kolejny minister. Pomysł za pomysłem. Jednym z nich była faktyczna likwidacja dobrej reformy emerytalnej Buzka.

Opozycja nazywa to polityką balonów próbnych.

Nie wiem, czy to balony próbne, czy to efekt sporów wewnątrz rządu. Raczej to drugie. Mamy kilka ośrodków władzy. Z jednej strony wicepremier ds. gospodarczych Waldemar Pawlak, z drugiej szef doradców ekonomicznych premiera Michał Boni. Trzeci ośrodek to minister finansów Jacek Rostowski.

Teraz w roli stratega gospodarczego rządu pojawił się były premier Jan Krzysztof Bielecki.

Pojawił się jako lekarstwo na ten chaos decyzyjny. Premier miał problem z koordynacją tych trzech ośrodków, zwrócił się więc do zaufanego człowieka, ekonomisty z doświadczeniem rządowym, by powołał kolejną grupę doświadczonych ekonomistów. Mamy więc czwarty ośrodek wpływów, może nawet władzy.

W liście otwartym napisał pan o premierze i jego współpracownikach: „mówi to historyk z wykształcenia, w imieniu rządu, w którym szefem doradców ekonomicznych jest filolog, a wicepremierem inżynier, w imieniu koalicji, w której marszałkiem Sejmu jest, jeśli się nie mylę, także historyk”. Czy za reformy mogą brać się tylko ekonomiści?

W krajach zachodnich trzeba przejść pewną drogę, by zajść na polityczne szczyty. Trzeba mieć odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w działalności w biznesie i administracji. U nas ministrem często zostaje ktoś, kto znalazł się blisko premiera czy prezydenta. Również sam premier ma za mało czasu i nie jest przygotowany, by decydować o sprawach ekonomicznych. O tym, jaka ma być polityka gospodarcza, powinny decydować sprawdzone kryteria ekonomiczne, a nie rządowi PR-owcy.

Czy reformy ekonomiczne muszą boleć?

Reformy można podzielić na bolesne dla społeczeństwa, ale i na takie, które nie są kosztowne i od razu przynoszą pozytywne efekty, tak jak zmniejszenie roli biurokracji dzięki ustawie Wilczka w 1989 r. Od razu spotkała się z uznaniem społeczeństwa, bo ułatwiała życie. Są też reformy kosztowne społecznie. Najbardziej jednak bolą, gdy się z nimi zwleka. Dla polityków najtrudniejsze są te reformy, z którymi wiąże się zagrożenie utraty władzy, czyli wpływające negatywnie na duże grupy ludności.

Politycy PO lubią teraz powoływać się na los rządu premiera Buzka, który przeprowadził cztery wielkie reformy: emerytalną, administracyjną, edukacyjną i zdrowotną. Zaraz potem upadł.

Reformy Buzka nie były ani bardzo radykalne, ani bolesne. Tylko zdrowotna wiązała się ze zwolnieniami personelu pomocniczego w szpitalach. Rząd Buzka upadł, bo targały nim wewnętrzne konflikty, a wszystko to zbiegło się ze spowolnieniem gospodarczym. Politycy zupełnie nie wierzą w swój elektorat. Niedawno był w Polsce premier Łotwy i opowiadał, jak musieli zmniejszać deficyt o 10 pkt proc. w ciągu roku za pomocą drastycznych kroków, m.in. obniżono płace w budżetówce o 20 proc. Zamrożono też renty i emerytury. Ku zaskoczeniu premiera Łotwy poparcie dla niego utrzymało się na wysokim poziomie około 40 proc.