ROZMOWA

•  Jak pani jako była minister finansów patrzy na to, co dzieje się w budżecie? Nie zazdrości pani Zycie Gilowskiej?

- Oczywiście zazdroszczę kolegom z ministerstwa bardzo dobrej realizacji budżetu. Ale jednocześnie zastanawiam się, jak skończy się wykonanie budżetu w 2007 roku. Jeśli za dziewięć miesięcy mamy nadwyżkę, a rząd w projekcie na 2008 rok zakłada prawie 24 mld zł deficytu, to oznacza, że chce wydać tyle w ciągu trzech miesięcy. To wydaje się z jednej strony technicznie trudne, a z drugiej ekonomicznie mało bezpieczne. Oczywiście rząd może przesunąć część środków na przyszły rok. Obecnie rosną wynagrodzenia, kredyty, rośnie popyt w gospodarstwach domowych. A jak budżet dołoży do tego ponad 20 mld zł w ciągu trzech miesięcy, to będzie oznaczało dodatkową presję, która nie pozostanie bez wpływu na ceny. Od stycznia do września budżet dzięki nadwyżkom sprzyjał utrzymaniu inflacji w ryzach, a teraz przestaje już sprzyjać.

•  Jak w tym świetle wygląda projekt budżetu na 2008 rok?

- Budżet 2008 roku będzie korzystał z dobrej koniunktury w 2007 roku, bo przecież podatki dochodowe były rozliczane zaliczkami, a pełne rozliczenie nastąpi do końca kwietnia 2008 roku i może być bardzo korzystne. Wzrost gospodarczy może się okazać nawet wyższy od zaplanowanych 5,5 proc. i nie ma podstaw do załamania dochodów. Ale jednocześnie mamy mieć duży wzrost wydatków. Tymczasem doświadczenia 2007 roku pokazują, że są dobre wpływy do budżetu, ale jednocześnie gospodarka nie jest w stanie wchłonąć wszystkich pieniędzy. Pytanie, czy jeszcze wyższe wydatki będą do skonsumowania. Wbrew pozorom istnieją różne ograniczenia w ustawach, na podstawie których wydaje się pieniądze z budżetu. Boję się, że możemy nie wydać wszystkich środków również w 2008 roku, a więc nawet z tego powodu wydatki należało planować na niższym poziomie.

•  Czy wyższa od prognoz inflacja we wrześniu zaskoczyła również panią?

- To, co mnie zaskoczyło, to bardzo wysoka dynamika cen żywności, choć oczywiście wiedzieliśmy, że na rynkach światowych ceny rosną od dłuższego czasu, bo zbiory były słabe. Trwa spekulacja i rolnicy przetrzymują zbiory w spichlerzach, licząc na wyższą cenę. To mnie niepokoi, bo będzie stwarzało dodatkową presję na wzrost wynagrodzeń.

•  Jednak we wrześniu dynamika wynagrodzeń była niższa niż w sierpniu.

- To cieszy, bo zawsze we wrześniu płace rosły zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym. Nie jest to specjalnie duży spadek dynamiki, ale jednak. Być może dlatego, że firmy powiedziały, że już nie mogą podnosić wynagrodzeń. Ale szok po stronie podażowej i wzrost cen żywności może znów obudzić presję na wzrost wynagrodzeń. Na pewno entuzjazm po sierpniowej inflacji był zbyt duży.

•  Czy ostatnie dane zmieniają przyszłą politykę RPP?

- Te dane potwierdzają, że podjęliśmy dobre decyzje, zacieśniając politykę pieniężną. Inflacja może rosnąć, bo są warunki sprzyjające wzrostowi cen. Te warunki nie uległy zmianie, a nawet pojawiają się nowe fakty, które mogą popchnąć ceny, choć silny złoty sprzyja hamowaniu tempa wzrostu inflacji. Ale teraz inflacja może znaleźć się w okolicach 2,5 proc. lub nawet powyżej, a w ostatnich miesiącach roku inflacja wyniesie 2,5-3 proc.

•  Ekonomiści wskazują, że w tym cyklu mogą być jeszcze nawet trzy podwyżki stóp?

- Trudno wskazywać, jak będzie, bo sama nie wiem, jak będzie wyglądał cykl zacieśniania polityki pieniężnej. Ze względu na Euro 2012 nie będziemy mieli klasycznego cyklu koniunkturalnego, bo gospodarka nie zwolni gwałtownie, tylko tempo wzrostu obniży się do 4-5 proc. z uwagi na inwestycje przed Euro 2012. Ale ten poziom wzrostu nie będzie wolny od napięć inflacyjnych.

•  Czy wyobraża pani sobie sytuację, w której RPP podwyższa stopy o 50 pkt bazowych?

- Może się zdarzyć coś groźnego, co wymusi taki ruch. Nie należy czynić zbyt ostrych kroków, bo one oznaczają większe ryzyko zbyt mocnego ruchu. Lepsze są mierzone i umiarkowane kroki. Bardzo ważne jest to, żeby nie działać pochopnie.