Polsce po 1989 r. na szczęście udało się wykorzystać krótki czas przyzwolenia społecznego na głęboką dawkę reform gospodarczych, dzięki czemu już rok później z socjalistycznej gospodarka stała się rynkową. Może nawet nie po roku, ale po kilku miesiącach. Dla przypomnienia kluczowy był szeroki pakiet zmian, który wszedł w życie z początkiem 1990 r. Był na tyle głęboki, że już po kilku miesiącach wprowadzone zmiany stały się nieodwracalne. Pod tym względem proces reformowania ukraińskiej gospodarki przebiegał zupełnie inaczej. Po ponad 20 latach półreform i podtrzymaniu wielu nieefektywnych socjalistycznych rozwiązań gospodarki ukraińskiej nie można zaliczyć do rynkowej. Przede wszystkim ze względu na wspomniane już subsydiowanie cen energii i wielu innych usług, co powoduje zupełnie nierynkowe relacje pomiędzy podmiotami gospodarczymi. Do tego dochodzi wciąż olbrzymi udział państwa we własności przedsiębiorstw, a wiele ze sprywatyzowanych firm stało się własnością oligarchów, trudno więc oczekiwać od nich zachowań rynkowych. A bez konkurencji, ze zniekształconymi cenami, z dużym udziałem państwa w gospodarce rynku nie ma.

Do tego ukraiński zryw wolnościowy wydarzył się już dwa razy. W 1991 r., kiedy Ukraina uzyskała niepodległość, i w 2004 r., kiedy to wygrała pomarańczowa rewolucja i doprowadziła Wiktora Juszczenkę do władzy. Oba te historyczne momenty zostały zmarnowane, stąd też znacznie większa niewiara Ukraińców w moc sprawczą reform rynkowych. Wielu z nich zapewne upatruje swej perspektywy w Unii Europejskiej, ale samo członkostwo bogactwa nie stworzy. Bez głębokiej i szybkiej dawki reform nie będzie możliwe postawienie ukraińskiej gospodarki na tory rynkowe. Inaczej bowiem powtórzy się scenariusz reformowania z ostatnich ponad 20 lat: krok do przodu, krok do tyłu. Umowa stowarzyszeniowa z UE jest potrzebna zarówno jako bodziec polityczny dla reform, ale przede wszystkim ze względu na dostosowanie prawa do zasad europejskich. W Polsce było o tyle łatwiej, że można było wzorować się na rozwiązaniach przedwojennych, czego najlepszym przykładem było odtworzenie kodeksu handlowego z 1934 r. Jednocześnie polska droga do akcesji zaczęła się formalnie od złożenia wniosku akcesyjnego już od 1994 r. i od tego czasu trwało dostosowanie prawa do norm europejskich. Na Ukrainie brak cywilizowanych zasad prawnych blokuje rozwój biznesu, nie wspominając o inwestycjach zagranicznych. Jednak przyjmowanie norm unijnych wiąże się z zachwianiem stanu obecnego, nie będzie więc dobrze przyjmowane przez beneficjentów obecnych rozwiązań. Dlatego cały proces musi przebiegać szybko, inaczej hydra oligarchiczno-socjalistyczna znów zatrzyma proces zmian w połowie drogi.

Zapewne cała zmiana będzie musiała się odbyć przy jakiejś formie abolicji dla oligarchów z jednorazowym opodatkowaniem zalegalizowanego w ten sposób majątku. Kraj, który jest na skraju bankructwa, wraz z silnym wpływem oligarchicznym nie będzie w stanie przeprowadzić reform przy sprzeciwie beneficjentów dotychczasowego systemu. Jednocześnie cały ten pakiet reform nie będzie możliwy bez znacznego ograniczenia korupcji – inaczej nie da się realizować opisanych powyżej zmian rynkowych. Jeśli bowiem korupcja sięga w sposób tak jednoznaczny i otwarty wszelkich władz państwowych, to uczciwi ludzie do polityki pchać się nie będą. Zupełnie inaczej niż to było w Polsce w 1989 r.

Mimo to dużo wniosków transformacyjnych z przykładu polskich reform można wyciągnąć. I najlepiej przy tym nie słuchać porad tych, którzy proponują rozłożenie reform w czasie. Bo taka właśnie strategia leży u przyczyn dzisiejszej słabości Ukrainy.