Wiem, oczywiście, że pomysł zakazu upadł, ale według mnie fakt, że w ogóle tym tematem się zajmowano, pokazuje, że europejscy politycy nie są w stanie dodać dwa do dwóch.

Gdyby bowiem okazało się, że na terenie krajów UE jest gaz łupkowy i można go w miarę tanio wydobywać, to skutkiem byłby spadek cen energii, a także towarów, które się wytwarza w krajach unijnych. Niższe rachunki za media i za zakupy oznaczałyby nie tylko ulgę dla konsumentów, którzy praktycznie wszędzie muszą płacić wyższe podatki, lecz także szansę na zwiększenie konsumpcji. To zaś firmom unijnym dawałoby możliwość zwiększenia produkcji, a więc także zatrudnienia. Dla państwa z kolei to szansa na wzrost przychodów podatkowych.

Na dodatek, co pokazuje przykład USA, niższe ceny energii działają jak magnes na przemysł. Do Stanów zaczynają wracać przedsiębiorstwa, które kiedyś wyniosły się za granicę w poszukiwaniu taniej siły roboczej, gdyż ten ostatni czynnik ze względu na wzrost kosztów pracy w Chinach zaczyna tracić na znaczeniu. I znowu – nowe inwestycje oznaczają więcej miejsc pracy, wzrost zatrudnienia i większe wpływy z podatków.

O taki efekt – więcej inwestycji, więcej miejsc pracy i większe dochody z podatków – walczą politycy prawie na całym świecie. Wyjątkiem jest tutaj Unia Europejska. Tutaj eurodeputowani tracą czas i energię na rozważania, czy z tej szansy nie należy zrezygnować i nie zostać jedyną na świecie enklawą drogiego prądu i wysokich kosztów produkcji. I w tym, że spora część polityków w Unii Europejskiej nie potrafi liczyć, tkwi jedna z głównych, jeśli nie najważniejsza przyczyna, dla której kryzys trwa tak długo.