Generalnie jest tak, że jak coś drożeje, to szuka się albo tańszego dostawcy, albo tańszego substytutu. Ta zasada działa na całym świecie, ale Unia Europejska jest wyjątkiem. Ciągły napór na ograniczenie emisji CO2 powoduje, że najbardziej popularne paliwo – węgiel – idzie w odstawkę. Obawy przed elektrowniami jądrowymi powodują ich zamykanie. Zostaje więc gaz, na czym zarabiają Rosjanie, windujący coraz mocniej jego cenę.

Na to nakładają się jeszcze działania Fed: pakuje kolejne biliony dolarów w swoje banki, choć – jak pokazują wskaźniki – do tej pory nie przyniosło to ożywienia w gospodarce. Banki nie zarabiają na kredytach, bo jest kryzys, więc szukają innych sposobów. Jednym z nich jest zarabianie na rynkach surowcowych. I tam właśnie płynie wielka część z nowo wydrukowanych dolarów. Ten wypływ pieniędzy za granicę – oprócz wzrostu amerykańskiej produkcji gazu i ropy z łupków – jest powodem, dla którego w USA nie rośnie inflacja.

Jak widać, polscy kierowcy znaleźli się w potrzasku zastawionym przez gigantów. I, niestety, pozostaje im jedynie czekać.

Przede wszystkim na zmianę polityki Fed, który jedną podwyżką stóp może drastycznie obniżyć ceny paliw. A także na rozpoczęcie eksportu amerykańskiego gazu. W tej chwili w USA powstaje kilka gazoportów, przez które będą oni sprzedawać gaz. Planują także do 2020 roku zwiększenie krajowego wydobycia ropy, co oznacza, że spora część rafinerii na świecie, pracujących teraz dla amerykańskich kierowców, będzie musiała poszukać odbiorców gdzie indziej, co też obniży cenę paliw. Więc jest szansa, że w perspektywie kilku lat paliwa zaczną tanieć. A wtedy może swoją politykę zmieni także Unia Europejska. Byłoby logicznie, że skoro wspiera gaz, kiedy on drożeje, przestanie to robić, gdy zacznie tanieć.