To na krótką metę. Ale co bardziej przenikliwa część niemieckiej opinii publicznej zastanawia się, co jeszcze decyzja niemieckiego sądu oznacza dla Europy. I dochodzi przy tym do bardzo ciekawych wniosków.

Na przykład Heribert Prantl, czołowy (i zwykle rzeczowy) komentator największego niemieckiego dziennika opiniotwórczego „Sueddeutsche Zeitung”, stwierdza wprost: decyzja Karlsruhe to dowód, że Bundestag nie ma już żadnych faktycznych uprawnień do tworzenia europejskiej polityki. Gdy uchwalana jest jakaś kluczowa ustawa krajowa, nowe prawo uciera się w tradycyjnym demokratycznym ping-pongu na linii rząd – Bundestag pod czujnym okiem opinii publicznej. A jak to działa w sprawach europejskich? Powiedzmy, że za rok, dwa lata eurokryzys ciągle trwa. Angela Merkel (lub jakiś następny kanclerz) przychodzi do Bundestagu i mówi: „Niemiecki wkład w wysokości 190 mld euro to za mało. Uradziliśmy w Brukseli, że trzeba wyłożyć 250”. I Bundestag nie może powiedzieć, że jego zdaniem trzeba dać 210 albo 235 mld euro. Będzie to – jak mawiają Amerykanie – oferta typu „take it or leave it”. Albo przyklepuje bez gadania, albo odrzuca w całości, ściągając sobie na głowę zarzuty (skądinąd słuszne) o rozbijanie Europy.

Komentator monachijskiej gazety podkreśla, że podobnie jest z kontrolowaniem Europejskiego Banku Centralnego. Wyrok Karlsruhe oznacza bowiem, że EBC może pompować w europejską gospodarkę tyle pieniędzy, ile mu się podoba. A parlament największej unijnej gospodarki może się temu co najwyżej przyglądać. A skoro w takiej sytuacji jest dumny niemiecki Bundestag, to nie łudźmy się, że cokolwiek do powiedzenia w eurosprawach będą miały inne narodowe parlamenty mniejszych krajów.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Prantl (który jest w tym wypadku dość reprezentatywny dla większości niemieckiego społeczeństwa) wcale nie bije na alarm. Przeciwnie, on mówi o tych zjawiskach z całkowitym spokojem. Bo wie, że taka jest europejska rzeczywistość. I innej nie będzie.

Pamiętam, jak dwa lata temu w maju powołano do życia pierwszy parasol ratunkowy. Ten sam, pod który schowały się potem Grecja, Portugalia, Irlandia czy hiszpańskie banki. Wtedy przenikliwy Gabor Steingard, redaktor naczelny „Handelsblattu”, a kiedyś pierwsze ekonomiczne pióro „Der Spiegla”, podsumował to mniej więcej tak: cały ten eurokryzys jest jak poród. Na naszych oczach rodzi się faktycznie nowa zjednoczona Europa. Owszem, jest to poród ciężki, leje się dużo krwi, płód zaplątał się trochę w pępowinę, jest dużo krzyku. Ale spokojnie. Rozwiązanie nie odbywa się w afrykańskiej wsi, lecz w środku zachodniego świata, gdzie umieralność niemowląt jest bardzo niska.

Pociągnijmy myśl Steingarda: w końcu dziecię wyjdzie więc na świat, bo takie są prawa natury, a dla euro minęła już faza bezpiecznego rozwoju płodowego (czyli pierwsze spokojne lata jego funkcjonowania) i teraz coś nowego z tego projektu wypoczwarzyć się musi. I nic już wtedy nie będzie takie samo, jak było. Każdy rodzic wie to przecież doskonale: razem z dzieckiem wiele rzeczy zmienia się na lepsze, ale wiele też na gorsze. Coś zyskujemy, ale coś też tracimy. I tak samo będzie po tym kryzysie z Europą. Już zaczyna być. A werdykt Karlsruhe dobrze to pokazuje.

Wspólna waluta po okresie rozwoju płodowego właśnie rodzi się w bólach