To, co nam się udało zrobić w latach 1989 i 1990, zostanie na stałe w pamięci historycznej świata jako perfekcyjny proces pokojowego przejścia od systemu totalitarnego do demokracji, a następnie podobnie perfekcyjnej transformacji od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej. Nie czujemy się z tego powodu specjalnie dumni, przede wszystkim dlatego że większość z nas uznaje to za coś oczywistego.

W dodatku wciąż wymaga dalszego wysiłku. Ale w tamtym czasie nic oczywiste nie było, wystarczy spojrzeć na niekonsekwentne wdrażanie demokracji i wolnego rynku choćby na Ukrainie. Przyczyną sukcesu tamtej chwili była olbrzymia determinacja ówczesnych elit, świadomość swego rodzaju „okna możliwości” i koncentracja na zasadniczym zadaniu. Nie bez znaczenia była też jakość decydentów.

Przy uwzględnieniu wszelkich proporcji ostatnio udają nam się rzeczy, o które obawialiśmy się, że zakończą się klapą. Pierwszym z tych wydarzeń była wyjątkowo udana prezydencja. Oczywiście prezydencja sama w sobie nie jest wielkim wydarzeniem na skalę światową, ale umiejętność prowadzenia spraw europejskich przez pół roku bez jakichkolwiek zgrzytów, na normalnym europejskim poziomie dowodzi, że jak chcemy, to możemy.

Przypomnę tylko, że zarówno Czechom, jak i Węgrom tak płynnie jak nam nie poszło. Drugim z takich przykładów jest organizacja Euro 2012. Dobra zasada mówi, by nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale dziś wszystko wskazuje na to, że jesteśmy spokojnie w stanie przeprowadzić dużą imprezę masową na przyzwoitym infrastrukturalnie i organizacyjnie poziomie. W sumie każdy ze starych krajów UE uważałby tego typu zadania za chleb powszedni, my jednak wciąż sobie i światu musimy udowadniać, że to, co w krajach od nas bogatszych jest normalką, dla nas jest wyzwaniem, ale jesteśmy w stanie mu sprostać.

Sprostaliśmy zadaniu, dobrze zorganizowaliśmy Euro. Dlaczego równie dobrze nie możemy zrobić czegoś dla siebie, np. reformy sądownictwa?

Pytanie tylko, dlaczego tak samo skutecznie, z podobnym zaangażowaniem i precyzją nie możemy zrobić czegoś dla samych siebie. Już nawet nie chodzi o budowę infrastruktury, ale o podstawowe przedsięwzięcia gospodarcze, jak fundamentalna reforma sądownictwa czy głęboka restrukturyzacja PKP. Podobne zaangażowanie jak przy Euro 2012 przydałoby się przy wprowadzaniu wszelkich nowych rozwiązań w ochronie zdrowia, gdzie zwykle nie tyle intencje były złe, co wykonanie nieprecyzyjne, bez jakiekolwiek analizy wariantów krytycznych.

W każdym przedsiębiorstwie przed podjęciem jakiejkolwiek fundamentalnej decyzji analizowane są wszelkie warianty alternatywne, a także różne scenariusze tego, co się może wydarzyć po. Taka analiza scenariuszowa pozwala zapobiec wielu wpadkom. I nawet mimo to nie każde przedsięwzięcie biznesowe kończy się sukcesem – dlatego tak ważne jest, aby takie ryzyko minimalizować. Niestety w sektorze publicznym w Polsce rzadko spotykamy się z takim podejściem. Podobnie jest przy stanowieniu prawa w polskim parlamencie, gdzie już na etapie prac sejmowych często zgłaszane są korekty od wnioskodawców, którzy nagle zorientowali się o niedoskonałości danego przepisu. A tak wcale nie musi być. I przykład organizacji Euro to pokazał.

Wnioskiem z organizacji zarówno turnieju piłkarskiego, jak i polskiej prezydencji powinno być przede wszystkim odpowiednio długie i precyzyjne przygotowanie, wraz z mechanizmem kontrolnym i sprawdzającym. W Polsce zbyt często skupiamy uwagę na realizacji poszczególnych pomysłów bez całościowej koncepcji strategicznej. Wynikiem tego jest nie tylko słabe przygotowanie, lecz także potrzeba dokonywania korekt i niekończących się poprawek przy finalizacji procesu, gdyż poszczególne projekty nie składają się w większą całość. To wszystko w sumie jest dość oczywiste. Oczywiste, ale rzadko praktykowane. A Polak jak chce, to potrafi.