Urodziłem się w Londynie, ale większość dorosłego życia spędziłem w niewielkiej angielskiej mieścinie, gdzie przestępczość była niska i panowała harmonia. Pamiętam swoją pierwszą noc w Warszawie, ponad 10 lat temu. Przyjechałem do mieszkania w centrum miasta, które zajmuję do dziś, i wsłuchiwałem się w nocne odgłosy metropolii. Pisk hamulców, klaksony, huk tramwajów i zawodzenie ambulansów. Czułem się niesamowicie szczęśliwy, czułem się w domu. Dlaczego? Nawet teraz, wiele lat później, lubię te dźwięki. Dla czytelników Prousta mają one smak magdalenki (ciasteczka przywołującego wspomnienia – red.).

Nie jestem jednak sam. Cztery lata temu okazało się, że większość światowej populacji żyje w miastach. A w grudniu ubiegłego roku ogłoszono, że w Chinach więcej ludzi mieszka w miastach niż na prowincji.

Oczywiście powodem są możliwości ekonomiczne, ale dlaczego one w ogóle istnieją? Życie w mieście jest drogie, a koszty mieszkania bywają horrendalne. Miasta mogą być nieatrakcyjne mimo wysokich średnich pensji mieszkańców (Detroit) albo rażących dysproporcji w zarobkach (Londyn).

Różnica w płacach pomiędzy miastem i prowincją nie musi koniecznie rekompensować wyższych kosztów życia w metropolii. A czy współczesna komunikacja nie czyni miasta zbędnym? Można mieszkać na wsi i być elektronicznie obecnym w każdym miejscu na świecie, a także mieć dostęp do światowej kultury dzięki jednemu przyciśnięciu guzika. Dalsza redukcja kosztów transportu oznacza, że przemysł nie musi już lokalizować swoich zakładów w dużych miastach. Pierwsze co robią angielscy nuworysze, to przenoszą się na prowincję. A jednak miasta kwitną jak nigdy wcześniej w historii ludzkości. Co więcej, pozostają one kluczowe z ekonomicznego punktu widzenia.

Jest oczywiste, że większość geograficznych uzasadnień dla lokalizacji miast już nie istnieje. Strategiczne usytuowanie u zbiegu rzek, dostęp do gliny, z której można wyrabiać garnki, lub węgla i stali nie determinują już dłużej sukcesu miasta. Geografia wciąż odgrywa preną rolę, ale dużo mniej oczywistą niż w przeszłości.

Nie było prawdziwej potrzeby, by Berlin ponownie stał się polityczną stolicą Niemiec. Czy Bonn ze swoją skromnością, dobrymi manierami i burżuazyjnym stylem życia nie reprezentowało wszystkiego, do czego aspirowali Niemcy? I dlaczego Nowy Jork, który kilka lat temu wydawał się beznadziejnym przypadkiem bankruta, jest dziś kulturalnym magnesem dla artystów? I dlaczego Londyn ze swoimi wysokimi cenami i beznadziejnym systemem transportu wciąż jest celem milionów turystów i utrzymał status jednego z najważniejszych centrów finansowych na świecie?

Warszawa ma potencjał, ale jej władze nie umieją go wykorzystać

To ważne lekcje dla Warszawy. Obawiam się jednak, że jej obecni ojcowie czy raczej matka w tym przypadku mogą je zignorować. Sukces współczesnego miasta jest zbudowany na ideach i interakcji między ludźmi. Edward Glaeser, prawdopodobnie największy światowy autorytet w dziedzinie ekonomiki miast (jego książka „Triumf miasta” jest naprawdę godna polecenia), pokazuje interakcję pomiędzy bystrymi ludźmi, która prowadzi do nowych pomysłów. I to te idee ostatecznie napędzają sukces ekonomiczny (Jobs i Apple są oczywistymi przykładami takiej dynamicznej interakcji).

Warszawa ma potencjał, by stać się jednym z najbardziej dynamicznych miast Europy, przyciągając utalentowanych ludzi, ale musi postawić na kulturę i atuty, które ich przyciągną i utrzymają. Nie powinna koncentrować się na turystyce. Wenecja popełniła ten błąd i z dynamicznego miasta zmieniła się w jedno wielkie muzeum. Turyści będą przyjeżdżać do miasta, jeżeli warto będzie je odwiedzić.

Warszawa ma historię (niektórzy twierdzą, że aż w za dużej dawce) i choć okres komunistyczny ma swoją ciemną stronę, pozostawił również pozytywną spuściznę, jeżeli chodzi o otwarte przestrzenie i kilka kultowych budynków, takich jak Pałac Kultury. Inne atuty to usytuowanie lotniska w stosunku do centrum miasta, niezła infrastruktura transportowa i kilka tanich dzielnic, takich jak Praga, które pozwalają na rozwój alternatywnej sceny artystycznej. I ogromna ilość ziemi pod inwestycje, których większość miast mogłaby Warszawie pozazdrościć. Powstaje jednak wrażenie, że warszawski samorząd nie umie uwolnić tego potencjału.

Pozwolił, by miasto zdominowały globalne sieci, takie jak McDonald’s, bezlitośni niszczyciele różnorodności. Pozwolił, by o wizerunku miasta decydowały partykularne interesy finansowe (kto pozwolił Hiltonowi postawić obrzydliwy hangar zwany dla niepoznaki hotelem przy ulicy Grzybowskiej?). Nie dostrzega, że nowoczesne miasto to przede wszystkim ruch pieszy i rowerowy, gdzie nie ma miejsca na wyścigi samochodowe.

Tak przy okazji, jaki sadysta z samorządu jest odpowiedzialny za ścieżki rowerowe? Informuję go, że większość rowerów nie ma zawieszenia. Większość rowerzystów może żyć bez odcisków na pośladkach.

Jednak największe pretensje do Rady Warszawy mam za brak zaangażowania w edukację i kulturę. Piję tu do braku wsparcia dla wielu festiwali i instytucji kulturalnych oraz sprzedaży terenów należących do instytucji akademickich deweloperom. Pamiętajmy, że idee i firmy są tworzone przez ludzi, którym miasto zapewnia kreatywne i estetyczne doświadczenia. A Warszawa jest stolicą kraju, który aspiruje do bycia jednym z liderów Europy!

A co z Euro 2012? Skończy się wkrótce ze swoimi wysokimi cenami za cienkie piwo i hamburgery, rozśpiewanymi fanami i zmarnowanymi okazjami. A my wciąż będziemy potrzebowali koncertów, festiwali, parków, żywej sceny artystycznej, demonstracji, alternatywnych kawiarni, klubów społecznych i politycznych, dzięki którym to miasto może stać się naprawdę ekscytującym miejscem do życia. Mam nadzieję, że nasza córka mieszkająca w Dublinie, która właśnie obroniła doktorat z biologii molekularnej, i jej mąż grafik komputerowy zdecydują się wrócić do domu, a nie przeprowadzić do Wiednia, Kopenhagi, Londynu czy Edynburga.