Przyczyny, wbrew pozorom, są identyczne – państwo jako uczestnik rynku zachowuje się skandalicznie nieudolnie. Nawet wtedy, gdy może gospodarce pomóc, psuje ją i szkodzi.

Analizując pierwsze rankingi najbogatszych, łatwo było wskazać, kto trafił na szczyt dzięki pośrednictwu w prywatyzacji największych przedsiębiorstw państwowych, kto zaś dzięki zamówieniom, które również zlecało państwo. Państwo dawało zarobić, choć nie bardzo było wiadomo, dlaczego akurat tym, a nie innym. To zblatowanie władzy i biznesu trwało aż do wybuchu afery Rywina. Potem wahadło odchyliło się w przeciwną stronę – państwo przestało się w ogóle kontaktować z biznesem, co także było chore.

Uczciwy i prężny biznes także wolał trzymać się od państwowego z daleka, tak było bezpieczniej. Po latach widzimy, jak topniało rzeczywiste znaczenie biznesmenów w gospodarce, nazywanych wtedy oligarchami. Rynek zweryfikował ich prawdziwe umiejętności, bez państwa radzą sobie marnie. Ten niejasny styk państwowego z prywatnym wybrańcom zbudował fortuny, ale innych przedsiębiorców odstraszył od jakichkolwiek interesów z państwem na długie lata. To nie przypadek, że partnerstwo publiczno-prywatne nie mogło się w naszym kraju rozwinąć.

Kiedy nadszedł kryzys, pojawiła się szansa na uzdrowienie tej sytuacji. Z jednej bowiem strony biznes prywatny gwałtownie przestał inwestować, co groziło recesją. Jednocześnie zaczęły napływać ogromne pieniądze z Unii, co mogło gospodarkę nakręcać. Na początku wydawało się, że tak się właśnie dzieje. Tymi środkami dysponowało jednak państwo, to firmy państwowe stały się największym klientem. Nadzieją firm drogowych, wodociągowych, dostawców materiałów budowlanych i innych. Znów państwo miało wskazywać, kto zarobi. Gdyby robiło to mądrze, przyczyniłoby się do wzmocnienia wielu solidnych i prężnych przedsiębiorców. Państwo pokazało jednak, że jest nieudolne i psuje rynek. Ta kolejka bankrutów, na czele której stanęło PBG i jej firmy zależne, jest ofiarą nie tylko braku własnej wyobraźni i przeszarżowania, lecz także państwa.

Po pierwsze dlatego, że państwo rozhuśtało rynek. Do wydania na drogi, stadiony itp. miało nagle kilka razy więcej pieniędzy niż w latach ubiegłych. Analitycy rynku ostrzegali, że za mało jest doświadczonych projektantów, żeby w takim tempie uporać się z przygotowaniem projektów. Brakuje solidnych firm, które są w stanie w ciągu kilku lat to wszystko zbudować. Nie ma tylu materiałów budowlanych, a w przypadku kruszyw, cementu czy asfaltu wożenie ich z dalekich odległości traci biznesowy sens, gdyż koszty transportu są zbyt wysokie. To, co się później stało, już wtedy można było przewidzieć – że ceny wzrosną lawinowo. Tak się zawsze dzieje, gdy zwiększonej podaży pieniądza nie towarzyszy jednoczesny wzrost podaży towarów i usług. To abecadło ekonomii, którego państwowe firmy, takie jak Generalna Dyrekcja Budowy Dróg i Autostrad, jak widać nie znają. Liczyło się tylko Euro. Więc państwo poszarżowało z szabelką na czołgi.

Przekonane w dodatku, że właściwie chroni interesy budżetu i podatników. Całe bowiem ryzyko wzrostu cen przerzuciło na wykonawców. To oni powinni byli liczyć lepiej. Ci jednak, nie mogąc liczyć na zamówienia z sektora prywatnego, łykali każdą cenę, najwyraźniej licząc, że jakoś to będzie. PBG i jego spółki zależne to największy obecnie wykonawca zamówień publicznych. Jerzy Wiśniewski, który je kontroluje, przeszarżował. Ale zabrakło także cienia refleksji, czy jedna firma podoła aż tylu publicznym inwestycjom? Ta refleksja ciągle jeszcze się nie pojawiła. Z kolei wybór generalnych wykonawców także był dramatyczny – jeśli nie zaakceptują warunków kontraktu, to wypadną z rynku z braku zamówień. Jeśli zaakceptują – to splajtują później z braku środków na kontynuowanie budowy. Tak jak dzieje się obecnie.

Państwo przewróciło pierwszą kostkę domina, teraz padają następne. Wielcy bankruci – generalni wykonawcy, nie zapłacą podwykonawcom, ci z kolei nie rozliczą się z dostawcami. Wiele firm mających opinię solidnych może wypaść z rynku. Przegrają następne publiczne przetargi, bo nie sprawdziły się przy poprzednich zamówieniach. Dziesiątki tysięcy ludzi może stracić pracę. A na Euro i tak wszystkiego w terminie zbudować się nie dało, co można było przewidzieć od początku.

Państwo musi się nauczyć wydawać pieniądze, a ciągle tego nie potrafi. Na razie gramy dalej, ale jak tylko mistrzostwa się skończą, trzeba będzie policzyć ofiary i wyciągnąć wnioski. W sektorze informatycznym i budowlanym to państwo, a nie firmy prywatne kupuje najwięcej. Jak do tej pory – z bardzo marnym skutkiem. Mimo wielu wydanych miliardów złotych wszystkie projekty informatyczne leżą, a korupcja – jak się okazuje – kwitła. Szansa, że unijne pieniądze stworzą i ustabilizują wielkie polskie firmy, zdolne robić z państwem duże i uczciwe interesy, także zamienia się w masowe bankructwo. To państwo zepsuło ten rynek, teraz nie może uważać, że rynek ma się reperować sam.