Sytuacja ta ośmieliła mnie do zabrania głosu jako reprezentanta branży realizującej projekty finansowane ze środków unijnych. Kierując się tymi doświadczeniami, niestety muszę poprzeć diagnozę profesora Hausnera. W niektórych przypadkach wydawanie środków pomocowych przypomina palenie pieniędzmi w piecu, bo tak można określić przywoływany w raporcie „efekt popytowy”.

Warto jednak, by niemałe środki UE przynosiły coś więcej niż wspieranie popytu krajowego. Na przykład żeby w większym stopniu przyczyniały się do budowania innowacyjnej gospodarki, nowoczesnego społeczeństwa dobrze wyedukowanych obywateli. I żebyśmy wydając je dzisiaj, myśleli o tym, jakie przyniesie to nam korzyści w czasie, gdy Bruksela nie będzie nas wspierała w obecnej skali.

Zdaję sobie sprawę, że usługi, które świadczy moja branża, nie są postrzegane jako działania pierwszej potrzeby. Często są określane jako „propaganda” i samochwalstwo za publiczne pieniądze. Nie podejmując polemiki, proponowałbym jednak przyjąć na użytek tego tekstu, iż niekiedy informacja i edukacja publiczna stanowią obowiązek administracji podobny do budowania dróg i sypania wałów przeciwpowodziowych (bo także od nich może zależeć zdrowie i dobrobyt obywateli).

Oczywiście łatwo wskazać kuriozalne przykłady wydawania środków unijnych na absurdalne działania informacyjne. Z litości przywołam jedynie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, które za pomocą billboardów i reklam telewizyjnych zachęcało Polaków do posiadania dzieci. Oczywiście, ktoś zarobił na ich wyprodukowaniu i wyemitowaniu, a następnie wydał to, co zarobił w Polsce. Efekt popytowy został osiągnięty.

Zasadniczy problem tkwi w tym, że usługi wielu branż, których zasadniczą wartość powinno stanowić doradztwo, są przez administracje bardzo często kupowane na podstawie porównania cen. Trywializując – pracę umysłu nabywa się tak, jakby kupowało się kilogram gwoździ.

Dlaczego tak się dzieje? Zacząć trzeba niestety od typowego asekuranctwa urzędników. Mając problem z określeniem merytorycznych kryteriów oceny i obawiając się posądzenia o stronniczość, kierują się wyłącznie ceną. Kupowanie najtańszych usług jest ryzykowne nawet przy pracach o niższym poziomie zaangażowania umysłu, co widzimy na przykładzie COVEC i pękających autostrad. W mojej branży przetargi o niższej niż 80 proc. wadze ceny w wyborze oferty należą do rzadkości. W efekcie administracja wydaje środki na najtańszą dostępną pracę rozumu i przeważnie otrzymuje adekwatną do ceny jakość tej ekspertyzy.

Warto, by niemałe środki z UE przyczyniały się do czegoś więcej niż do efektu popytowego. Na przykład do budowy innowacyjnej gospodarki

Ponieważ praca w administracji nie jest najlepiej płatna, a w komórkach odpowiedzialnych za informacje często pracują osoby z bardzo małym doświadczeniem, czasem ich kompetencje pozostawiają sporo do życzenia. Nie chcę być źle zrozumiany – nie uważam, że wszyscy urzędnicy zajmujący się informacją publiczną są niekompetentni ani że niezbędne jest, aby byli oni najwyższej klasy specjalistami w marketingu, reklamie czy public relations. Gdyby tak było, nie musieliby korzystać z zewnętrznych doradców. Niekompetencja czasem wywołuje bezradność, czasem arogancję, jednak rzadko powoduje, że korzysta się z zewnętrznych ekspertów – na przykład przy ocenie ofert. Mamy więc do czynienia z wysypem projektów, w których administracja kupuje to, co – jak się jej wydaje – jest kampanią informacyjną.

Niekompetencja ta dotyczy czasem wiedzy o standardach dobrych praktyk profesjonalnych. Kilkanaście tygodni temu wywołało to dość ostry felieton Jerzego Baczyńskiego. Felieton dotyczył konkursu, którego warunki mogły zachęcać do łamania kodeksów etyki dziennikarskiej i wydawców prasy. Jestem gotów uwierzyć w dobre intencje urzędników, którzy nieświadomie takie zapisy sformułowali, jednak powinni byli zdawać sobie sprawę, że mogą one wywołać oburzenie.

Nawet jednak jeśli urzędnik chce skorzystać z zewnętrznych doradców przy wyborze oferty, to nie bardzo radzi sobie z zakupem ekspertyzy potrzebnej do podniesienia poziomu swojej kompetencji. Przejawem tej bezradności są ciągnące się miesiącami „negocjacje z zachowaniem konkurencji”, które przynoszą rozstrzygnięcie, gdy opis zadania jest nieaktualny, a cele nierealistyczne. Częste są także sytuacje, gdy jeden podmiot dostaje zamówienie (przeważnie według kryterium najniższej ceny) na opracowanie szczegółowego programu działań. Następnie ten szczegółowy opis stanowi podstawę przetargu, w którym oferenci nie mają możliwości zaproponowania innych sposobów osiągnięcia celu. To opium parametryzacji prowadzi do tego, że na etapie realizacji trzeba wydrukować ulotkę w konkretnym nakładzie, chociaż nie jest potrzebna.

Absurdów jest więcej. Warto tu sięgnąć po sprawdzone przez sektor prywatny podejście do kupowania usług doradczych, gdzie istotnym kryterium wyboru jest doświadczenie oferenta i konsultantów proponowanych do projektu.

Przegląd ogłoszeń chociażby z początku marca pokazuje skalę problemu. Wyłącznie na podstawie kryterium ceny instytucje chciały kupić między innymi „Świadczenie usług prawnych” (Wielkopolska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości) czy „Świadczenie usług doradczych – umowa ramowa” (Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji).

Żeby nie kończyć w tonie narzekania – głos mój można potraktować jako propozycję stworzenia koalicji sektorów kreatywnych, ludzi i firm „pracujących umysłem”. Jesteśmy w stanie wspólnie powiedzieć, co trzeba zmienić w procedurach, postawach i prawie, aby administracja wytwory rozumu kupowała z sensem.

Oczywiście paczki pieniędzy nadają się do palenia w piecu. Może jednak spróbujmy wyjąć z nich kilka banknotów i kupić węgiel. A może nawet sfinansować badania naukowe nad innymi źródłami energii. Tym bardziej że po 2020 roku paczki euro z Brukseli nie będą już napływały tak szerokim strumieniem.

Rafał Szymczak, prezes Związku Firm Public Relations