Jednak kibice, którzy przyjadą śledzić mecze swoich drużyn, zobaczą dwa odmienne światy. Także nam pozwoli to ocenić, jak wielkiego skoku dokonała Polska w minionym ćwierćwieczu. Ukraina swoją szansę rozwojową zmarnowała.

Na początek poglądowy obrazek. Ceny podczas Euro. U nas hotelarze, restauratorzy czy taksówkarze pewnie skorzystają z okazji, aby nieco podwyższyć stawki, ale w podobnej skali, jak robi się to w Rzymie na czas ważnych obchodów w Watykanie czy w Strasburgu, gdy akurat odbywa się sesja Parlamentu Europejskiego. Za Bugiem zapowiadane stawki po prostu zapierają dech.

W Doniecku w hotelach położonych blisko stadionu trzeba zapłacić 3,6 tys. euro za noc przed i po 27 czerwca, gdy ma być rozgrywany półfinał. Tańsza opcja to schronisko za 1,4 tys. euro lub kemping za 120 euro od osoby. Ale i to najwyraźniej nie rozwiązuje sprawy, skoro Angielskie Stowarzyszenie Piłkarskie nawet na mecz z Francją (także w Doniecku) do tej pory nie było w stanie sprzedać połowy biletów.

Jest też i przepaść w oferowanej jakości usług. Donieck czy Charków nie mogą rywalizować z Gdańskiem czy Poznaniem po części nie ze swojej winy: to miasta przemysłowe o miernych walorach turystycznych. Jednak także we Lwowie ci, którzy oddalą się od odnowionej dla kibiców strefy wokół stadionu, zobaczą ponury obraz rozsypujących się kamienic, dziurawych ulic i rozklekotanych autobusów.

Ci, którzy zdecydują się wyruszyć samochodem do Kijowa czy Charkowa na kolejne rozgrywki, ryzykują. MSZ ostrzega, aby po ukraińskiej prowincji nie poruszać się nocą ze względu na złe oznakowanie, fatalną nawierzchnię, a także...kozackie patrole ekologiczne, które zatrzymują zagraniczne samochody, domagając się wniesienia „opłat środowiskowych”. Trzeba też uważać na wodę. W kranach pojawia się zwykle tylko między godz. 6 i 9 oraz 18 i 21, przez co wielu Ukraińców w tym czasie pospiesznie napełnia nią wanny. Dlatego nieprzegotowanej wody pić nie wolno. To oczywiście skrajne sytuacje, jednak nie występują sporadycznie i trzeba być na nie gotowym.

Ostrzeżenia MSZ potwierdzają statystyki. Przepaść między poziomem rozwoju Polski i Ukrainy (20 tys. dolarów na mieszkańca do 7 tys., czyli 1:3) jest już o wiele większa niż dystans, który dzieli nas od Niemiec (1:2). Od Ukrainy nie tylko zdecydowanie bogatsze są Kolumbia, Algieria czy Kuba, ale nie ustępuje jej pod tym względem nawet Egipt.

To prawda: w chwili uzyskania niepodległości w 1991 roku Ukraina startowała z gorszego poziomu niż Polska. Kraj był kulturowo podzielony na ciążący ku Rosji Wschód i skierowany w odwrotnym kierunku Zachód, który przed I wojną światową należał do imperium habsburskiego. Dodatkowym problemem była daleko posunięta integracja gospodarcza w ramach ZSRR, w której Ukrainie przypadła rola dostawcy maszyn i stali. Gdy Związek Radziecki się rozpadł, Ukraina straciła z dnia na dzień rynki zbytu, a jej dochód narodowy załamał się o przeszło połowę.

Jednak w ciągu jednego pokolenia zrobiono niewiele, aby te słabości przełamać. Dziś, gdy popularna na zachodzie kraju Julia Tymoszenko siedzi w więzieniu, a premierem jest Rosjanin Mykoła Azarow, antagonizm między obiema częściami kraju jest jeszcze większy niż przed 20 laty. Zaś eksport wyrobów hutniczych wciąż odgrywa tak dużą rolę w gospodarce kraju, że załamanie światowych cen tych produktów w okresie kryzysu lat 2008 – 2010 było zasadniczą przyczyną spadku dochodu narodowego aż o 15 procent.

Ukraina nie wykorzystała swojej szansy rozwojowej tak jak my

Ukraina miała swoją szansę wyrwania się z kręgu wpływów Rosji i pójścia drogą modernizacji, którą wybrała Polska. Jeszcze pięć lat temu George W. Bush oferował władzom w Kijowie ścieżkę przystąpienia do NATO, a Bruksela poważnie rozważała możliwość przyznania Ukraińcom „perspektywy europejskiej”, czyli docelowego członkostwa we Wspólnocie.

Tę okazję Ukraińcy jednak zmarnowali. Kraj nigdy nie zdołał wyrwać się z kleszczy wszechobecnej korupcji, przeprowadzić uczciwej prywatyzacji, ograniczyć rozpasanej szarej strefy. Podczas gdy przez pierwsze 15 lat po odzyskaniu suwerenności wszystkie polskie rządy forsowały bolesne reformy, byle Polska dostała się najpierw do NATO, a potem do Unii, na Ukrainie nie udało się pogodzić nawet dwóch czołowych bohaterów pomarańczowej rewolucji, prezydenta Wiktora Juszczenki i premier Julii Tymoszenko. A to otworzyło drogę do powrotu do władzy związanemu z Moskwą Wiktorowi Janukowyczowi.

Dziś jest już po wszystkim. Pogrążony w kryzysie Zachód definitywnie zamknął temat przyjęcia do Unii i NATO Ukrainy, a i sam Janukowycz nie tylko przeforsował ustawę, która wyklucza przystąpienie kraju do jakiegokolwiek sojuszu wojskowego, ale zgodził się także na przedłużenie o kolejne 25 lat stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie.

Sami Ukraińcy nie widzą zresztą optymistycznie przyszłości swojego kraju. W ciągu ostatnich 20 lat jego ludność zmniejszyła się o 7 mln (do 45 mln) i nadal kurczy się w wyjątkowym na skalę świata tempie. To efekt emigracji i demografii. A wśród kibiców, którzy zdecydują się obejrzeć mecze na miejscu, aż 2/3 chce wrócić czarterem tego samego dnia. Absolutny rekord – podaje UEFA.