Tymczasem w bankach jest inaczej. Ich działalność jest mocno regulowana i przez prawo, i przez regulatorów. Ryzyko upadku jest bardzo niewielkie, bo jeśli nie pomogą inne banki, to sprawą zajmie się państwo z obawy, że bankructwo jednej instytucji pogrąży inne. Na dodatek często działalność nadzorców przypomina wręcz prowadzenie bankowców za rękę. Ot, choćby u nas – zamiera rynek międzybankowy? KNF to załatwi i go otworzy. Menedżerowie banków nie chcą zrezygnować z zysków z kredytów walutowych, bo boją się reakcji swoich właścicieli? Nadzór to załatwi. Powie, kiedy należy zostawić zyski w banku, jakby ich prezesi nie wiedzieli, że dla wiarygodności instytucji finansowej duże znaczenie ma nie tylko kondycja klientów, która z powodu spowolnienia gospodarczego będzie się pogarszać, ale także sytuacja właściciela.

A przecież zamierzenia, o których mówi wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak, to zapewne tylko część planów nadzoru. Takich posunięć, których celem będzie wzmocnienie bezpieczeństwa banków, będzie prawdopodobnie więcej. To zaś będzie oznaczać, że bankowcy będą mieli jeszcze mniej swobody. Dla niektórych wprowadzanie kolejnych zaleceń i reguł przez nadzór stanowi nadmierną interwencję w działalność firm prywatnych, którymi banki przecież są. Że utrudni wymyślanie innowacyjnych produktów, które uczynią z naszych instytucji regionalne potęgi finansowe.

Mnie jednak wydaje się, że nadzór powinien zrobić wszystko, by pracę bankowców uczynić jeszcze bardziej przewidywalną i nudną. Bankierzy powinni na powrót stać się urzędnikami, zajętymi liczeniem ryzyka i sprawdzaniem wiarygodności klientów, a nie bogami finansów, którzy nierzadko dysponują większymi środkami, niż wynosi PKB kraju, w którym działają. Błędy bankierów bowiem za dużo kosztują, aby można im było pozwolić na za dużą swobodę.