Pierwszy punkt to sam tytuł deklaracji końcowej szczytu. Wzięło w nim udział 27 państw. Cała UE. Nikogo nie wypraszano z sali. Nie zmienia to faktu, że deklaracja zatytułowana jest: „Oświadczenie szefów państw lub rządów strefy euro”. Czy należy rozumieć, że od teraz decyzje podejmuje tylko strefa euro? Czy dopraszanie do klubu takiej Polski czy Szwecji to tylko zasłona dymna?

Kolejny niepokojący punkt. Nowe zasady gry będą opracowane w ramach umowy międzyrządowej. Zgadzając się na taki tryb, pozbawiamy się prawa weta w ważnych sprawach. Jak nam coś nie będzie pasowało (np. nowe definicje pomocy publicznej dla firm), nie będziemy mogli powiedzieć „nie”, a jedynie nie przystąpić do umowy. Problem w tym, że skutki obowiązywania takiej umowy (i nowych definicji) i tak odczujemy. Czy mamy gwarancję, że w czasie negocjowania umowy nie zostaną rozmontowane elementy jednolitego rynku?

Choćby z tych dwóch powodów nie można powtarzać banałów, że albo porozumienie, albo Europa się rozpadnie, a Polska zatonie razem z nią. Nie można powtarzać truizmu, że lekiem na kryzys jest więcej integracji. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, jaka integracja służy – odwołam się do Camerona – polskim interesom. Czy np. w instytucji, która powstanie w 2012 r. – Europejskim Mechanizmie Stabilności – będzie obowiązywał korzystny dla nas system głosowania? Dzisiejsze propozycje są napisane pod Niemcy i Francję. Dopóki nie przyjmiemy euro, EMS nas może nie obchodzić. Rząd deklaruje jednak chęć wejścia do unii walutowej. Trzeba zapytać, jak będzie działała instytucja wzorowana na MFW i bailoutująca unijnych bankrutów? W której będziemy mieli swój finansowy udział.

Francuska prasa pisze, że szczegóły nowej Europy powstaną w zakulisowych rozmowach prawników i ekonomistów. Polacy powinni żądać od swoich liderów, by powiedzieli im, o co w tych zakulisowych rozmowach będą walczyli, aby nie było niespodzianek. Niech Europa mówi Sikorskim nie tylko w ostatnim akapicie deklaracji szczytu UE.