Dzisiaj wiemy, że statek „Euro” w ogóle nie powinien wypłynąć z portu, bo jego konstruktorami byli politycy, a nie ekonomiści. Wbrew wcześniej przyjętym regułom, ale za to w przypływie hurraoptymizmu zlecili oni budowę, choć projekt miał zasadnicze wady konstrukcyjne. Przede wszystkim statek powinien być mniejszy. Budowa kajut dla Włochów i Greków, którzy do stoczni dostarczyli zbutwiałe deski, była błędem pierworodnym, który teraz mści się z największą siłą.

Czy istnieje skuteczny sposób, aby statek „Euro” nie poszedł na dno? Nie ma się co łudzić: zmasowany zakup obligacji peryferyjnych krajów strefy euro przez EBC nie rozwiąże problemu. To jedynie sposób na kupowanie czasu. Zasadnicze pytanie na dziś to: czy rządy w Rzymie, Madrycie i Lizbonie zdołają szybko ograniczyć wydatki publiczne i usunąć biurokratyczne bariery, aby przywrócić wzrost gospodarczy i utracone zaufanie inwestorów. Szczególnie istotna jest sytuacja we Włoszech, których dług publiczny na poziomie 120 proc. PKB jest obecnie największym zagrożeniem dla stabilności strefy euro.

Jeszcze 15 lat temu rentowności 10-letnich obligacji Włoch i Hiszpanii, które teraz wynoszą ok. 7 proc., czy Portugalii, które przedwczoraj przekroczyły 14 proc., nie były niczym nadzwyczajnym. Z dzisiejszej perspektywy może to się wydawać zaskakujące, ale zanim te kraje weszły do strefy euro, musiały naprawdę słono płacić za swój dług. W połowie lat 90. rentowności ich obligacji wynosiły ok. 11 – 12 proc. Dla porównania rząd w Berlinie, który cieszył się uzasadnioną wiarygodnością, mógł zaciągać dług za niecałe 7 proc. w skali roku. Od połowy lat 90. do momentu ostatniego kryzysu inwestorzy żyli w iluzji, naiwnie wierząc, że rządy w Atenach, we Włoszech i w Lizbonie spłacą zaciągnięte długi. W efekcie kupowali obligacje tych krajów niemal tak samo chętnie jak niemieckie bundy. Do 2002 roku oprocentowanie 10-letnich obligacji peryferyjnych krajów strefy euro spadło do ok. 5 proc. Ten spadek rentowności nie miał jednak nic wspólnego z poprawą fundamentów gospodarczych. A jedynym jej skutkiem był spadek kosztów obsługi długu publicznego, któremu nie towarzyszyły żadne istotne reformy finansów publicznych. Przykładowo odnotowane w latach 1995 – 1999 zmniejszenie relacji wydatków publicznych do PKB we Włoszech o 4,3 proc. PKB wynikało wyłącznie ze spadku kosztów obsługi długu (z 11,5 do 6,5 proc. PKB).

Zanim powstała strefa euro, kraje z południa Europy mogły łagodzić swoją niską konkurencyjność cenową poprzez osłabianie walut narodowych. W strefie euro jest to niemożliwe. Jedynym sposobem amortyzacji niekorzystnych wstrząsów może być wyłącznie elastyczna polityka fiskalna (zwiększanie wydatków publicznych w okresie spowolnienia) oraz ograniczanie wynagrodzeń. Niestety, zamiast stopniowo poprawiać swoją konkurencyjność, kraje Południa systematycznie ją psuły. We Włoszech w latach 1999 – 2007 płace rosły znacznie szybciej od wzrostu wydajności pracy, a w efekcie jednostkowe koszty pracy zwiększyły się aż o 25 proc. Wysokie koszty wynikające częściowo z wysokiego klina płacowego to jednak niejedyne przyczyny niskiej konkurencyjności włoskiej gospodarki. Życie włoskich przedsiębiorców utrudniają liczne bariery biurokratyczne, które należą do najbardziej restrykcyjnych w Europie, niesprawny system sądowniczy utrudniający egzekwowanie należności. Włoska gospodarka zdominowana przez wiele małych firm nie jest innowacyjna i nie ma perspektyw na szybki wzrost produktywności.

Jeżeli Włosi nie zdołają przywrócić wzrostu gospodarczego, to pociągną za sobą na dno całą Europę niezależnie od tego, ile pieniędzy w najbliższym czasie dodrukuje EBC. O tym, że zdrowe fundamenty gospodarcze, głównie w postaci niskich podatków, elastycznego prawa pracy i dużego zakresu swobody gospodarczej są kluczem do odbudowania wiarygodności wśród inwestorów, świadczy przykład Irlandii. Pomimo irlandzkiego długu na poziomie 112 proc. PKB inwestorzy uwierzyli, że rząd w Dublinie zwróci zaciągnięte pożyczki. Od lipca br. rentowność ich obligacji spadła z 14 do 8 proc. To wciąż dużo, ale jednak daje pewną nadzieję, że jest sposób na uratowanie statku „Euro”. Tylko czy kraje Południa będą chciały pójść tą drogą?