Dotyczy to przede wszystkim banków centralnych i trybunałów konstytucyjnych lub ich odpowiedników. Z jednej strony dobrze wiemy, dlaczego banki centralne nie podlegają ani władzy wykonawczej, ani ustawodawczej, i rozumiemy, że ich funkcja, czyli pilnowanie wartości krajowego (lub międzynarodowego) pieniądza, byłaby zagrożona, gdyby władza wykonawcza nimi manipulowała. Z drugiej jednak czasem okazuje się, że banki centralne uzurpują sobie rolę, z której nie do końca się wywiązują, i wtedy jest kłopot.

Więcej sporów wzbudza niezależność trybunałów konstytucyjnych, gdyż instytucje te czasami uzurpują sobie rolę, do jakiej nie zostały stworzone, czyli polityczną. W Polsce, we Francji, w Stanach Zjednoczonych toczą się debaty na temat tego, czy trybunały mogą podejmować decyzje o konsekwencjach politycznych, w Polsce przykładem może być kwestia ocen z religii na świadectwie maturalnym. Jednak, mimo tych wątpliwości, w demokracji powszechnie uznaje się, że lepiej zachować niezależność trybunałów konstytucyjnych, niż ingerować jakkolwiek w ich decyzje. I oznaką narastania autokracji są właśnie próby takiej ingerencji, z czym – na przykład – mamy ostatnio do czynienia na Węgrzech.

Na tle tych tak szacownych instytucji i sporów wokół sposobów ich funkcjonowania zdumiewające jest istnienie w demokracji swoistych świętych krów, czyli instytucji lub stowarzyszeń praktycznie niepodlegających żadnemu demokratycznemu nadzorowi. Przykładem mogą być korporacje prawnicze czy lekarskie, które mają pewien sens, ale równocześnie niesłychaną niechęć do karania swoich członków, którzy popełnili błędy, oraz do otwierania się na nowych. Stanowią one przedmiot wieloletniej krytyki. Wiem to doskonale, bo zawsze tam, gdzie koledzy oceniają kolegów, występuje trudny do przezwyciężenia paraliż. Uczeni, na czym znam się lepiej, też bardzo niechętnie, mimo obowiązku okresowych ocen, oceniają negatywnie swoich kolegów, którzy zachowują się co najmniej średnio. Taka jest zasada każdego stowarzyszenia czy szeroko rozumianej korporacji i bardzo trudno z nią walczyć, chociaż czasem się udaje.

Jednak zupełnie zdumiewające jest istnienie stowarzyszeń w ogóle niepodlegających nadzorowi krajowemu, a zarazem uzależnionych od stworzyszeń – matek funkcjonujących za granicą i to w istocie jako przedsięwzięcia o charakterze czysto biznesowym. Tak jest w przypadku Polskiego Związku Piłki Nożnej i jego uzależnienia od władz UEFA oraz FIFA, ale nie od władz polskich. Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia takiej wolności w obrębie sytemu politycznego i demokracji, uzasadnienia, jakie istnieje w przypadku banków centralnych czy trybunałów konstytucyjnych. Przecież nie grozi tu szczególna ingerencja polityczna, bo dlaczego państwo miałoby się zajmować związkiem piłkarskim, chyba że jedynym uzasadnieniem są pieniądze.

Nie ma logicznego uzasadnienia braku społecznej kontroli nad PZPN

PZPN jest organizacją w zasadzie eksterytorialną, dopóki jego członkom czy całemu stowarzyszeniu nie zdarzą się błędy, które mogą być karane przez sąd i to po bardzo wnikliwym rozpatrzeniu. Pamiętamy, jakie mieliśmy doświadczenia w Polsce w trakcie kilku ostatnich lat i jak UEFA wtrącała się w sposób wprost brutalny w wydawałoby się wewnętrzne sprawy polskiej demokracji. Gdyby rzecz dotyczyła instytucji finansowych, na przykład banków czy spekulacji giełdowych, podniósłby się krzyk na całą Europę, ale piłka nożna (i inne dziedziny sportu łącznie z tymi, którzy zarządzają igrzyskami olimpijskimi) są poza międzynarodową i krajową kontrolą.

Nie ma żadnego uzasadnienia dla takiej sytuacji i doskonale można sobie wyobrazić UEFA i FIFA jako agendy Unii Europejskiej czy ONZ. Jednak nie ma na to żadnych szans. Takie enklawy w demokracji nie mają żadnego usprawiedliwienia, skoro nawet tak samodzielne instytucje – i słusznie – jak samorządy podlegają odpowiedniemu nadzorowi i można składać skargi na ich decyzje. Organizacje piłkarskie to jedyne mi znane, w których nie ma zewnętrznego trybu odwoławczego. Czy przyjdzie wreszcie pora na skasowanie tych świętych krów i na zajrzenie im do kieszeni?