Problem bowiem leży obecnie nie w tym, czy państwa zachodniej Europy wyskrobią 10 czy 15 mld euro więcej, ale w tym, czy uda się ocalić banki.

Za pierwszym razem, czyli po upadku banku Lehman Brothers, prawie się udało. Państwa zwiększyły deficyty, dołożyły do banków i wyglądało na to, że sytuacja się ustabilizowała. Każdy chyba sądził, że będzie to kryzys podobny do poprzednich, kiedy to z rynków nagle znikały biliony dolarów, ale w końcu dzięki łatwemu pieniądzowi, oferowanemu zwłaszcza przez amerykański Fed, wszystko wracało do normy. Tak było przecież na początku wieku, kiedy na spowolnienie wywołane pęknięciem bańki internetowej nałożył się atak na World Trade Center.

Tylko że tym razem kryzys się przeciągnął. Państwa strefy euro, ratując banki i próbując pobudzić gospodarkę za pomocą publicznych pieniędzy, osiągnęły tak wysoki poziom zadłużenia, że pod znakiem zapytania stanęła ich możliwość obsługi tego długu. Czyli rolowania swoich obligacji oraz spłacania odsetek. Innymi słowy – na straty zostały narażone banki, które są głównym odbiorcą publicznego długu. A ze stratami całego sektora bankowego w strefie euro nie poradzi sobie nikt.

Na przykład Francja dzięki cięciom zamierza w ciągu pięciu lat zaoszczędzić od 65 do 100 mld euro. To dużo, ale... Nie tak dawno praktycznie upadł belgijsko-francuski bank Dexia. Oficjalnie Dexia miała być ofiarą kryzysu greckiego, ale wartość obligacji tego kraju w portfelu banku wynosiła zaledwie 4,3 mld euro. Natomiast wartość aktywów ciągnących go na dno oszacował na 95 mld euro. Dexia ogłosiła, że chętnie je odda „złemu bankowi”, czyli wyspecjalizowanej instytucji. To oznacza, że są one praktycznie bezwartościowe. A owe 95 mld euro, które Dexia chciałaby spisać na straty, to kwota prawie równa pięcioletnim oszczędnościom Francji.

A przecież Dexia nie należy do największych banków na kontynencie. Nie tak dawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy oszacował, że kryzys zadłużeniowy wygenerował ryzyko kredytowe o wartości 300 mld euro. 200 mld euro dotyczy obligacji, a 100 mld euro – innych aktywów, przecenionych wskutek kryzysu. Biorąc pod uwagę osiągnięcia Dexii, to raczej minimalne szacunki strat. Realne ryzyko jest zapewne znacznie większe. Wiedzą o tym choćby Irlandczycy, którzy przyznają, że dopiero w 2 lata po przejęciu przez rząd odpowiedzialności za banki oraz ich zobowiązania zaczynają się orientować, ile tak naprawdę poczynania tamtejszych bankierów będą ich kosztować. Tylko na ratowanie Anglo-Irish mieszkańcy Zielonej Wyspy do września 2010 r. musieli wydać 34 mld euro, czyli 1/5 PKB kraju.

Pozornie dla całej strefy euro utrata owych 300 mld euro byłaby do udźwignięcia. W końcu udało się powołać fundusz europejski, który dysponuje kwotami znacznie większymi. Tylko że ten fundusz, jak każdy instrument zabezpieczający, jest fajny, dopóki nie trzeba płacić rachunków. Faktycznie bowiem, gdyby jedne banki zaczęły robić odpisy, ruszyłaby lawina, która zasypałaby inne. Kolejne kraje musiałyby wykładać miliardy euro na pomoc, co znowu powiększyłoby ich deficyty i dług publiczny. To obniżyłoby wycenę ich obligacji, przez co trzeba by odpisywać kolejne straty, zasypywane znowu przez pieniądze podatników, i tak dalej.

To, że państwa strefy euro ratowałyby banki, jest pewne. Kontrolowanego upadku próbowały USA w przypadku Lehman Brothers i już więcej nie popełniły tego błędu. W przypadku państw posługujących się wspólną walutą gra idzie o 17 bln euro. Taka jest wartość depozytów w bankach eurostrefy.

Jedyną metodą, aby uniknąć takiego załamania, jest... przetrwanie. Każdy robi, co może, aby przejść przez całe zamieszanie, i modli się, żeby partnerowi nie powinęła się noga. Teraz oczywiście największe obawy dotyczą Włoch. Jeśli one upadną, wywrócą się wszyscy.

Bankowcy wyprzedają aktywa, które mogą przynieść im straty. Zapewne pozbyli się już większości obligacji greckich, które mieli w portfelach, i teraz, co widać po rentownościach, próbują się pozbyć papierów włoskich, a w kolejce są już następne. Jednocześnie zapewne inwestują w surowce, bo to obecnie jedyna branża, na której można zarobić i poprawić bilanse.

Problem leży nie w tym, czy państwa zachodniej Europy wyskrobią jakieś dodatkowe miliardy, tylko w tym, czy uda się ocalić banki

Rządy starają się dać im jak najwięcej czasu na tę operację. Dlatego dobra jest gra na czas, czego przykładem jest choćby pomoc dla Grecji. Cała kołomyja z wypłacaniem, wstrzymywaniem wypłat i znowu wypłacaniem trwa już drugi rok, a sytuacja tego kraju praktycznie się nie zmienia i pewnie długo się nie zmieni.

Inne kraje stawiają na marketing. Francja dzięki cięciom próbuje przekonać inwestorów, że jest rzetelna, mądra i wypłacalna. Niemcy chwalą się wynikami gospodarczymi w nadziei, że nikomu nie przyjdzie do głowy, aby przeszukać skarbce niemieckich banków i sprawdzić, co one tam właściwie trzymają. Im dłużej to trwa, tym większa nadzieja, że albo jakiś motor gospodarki światowej zaskoczy i kryzys przeminie, albo inwestorzy po prostu znużą się problemami Europy i pójdą szukać ofiar gdzie indziej.

Wszystko po to, aby ocalić banki. Bo jeśli one padną, to nawet największe oszczędności nie pomogą strefie euro.