Nareszcie. Szesnastu prezesów potężnych francuskich firm zaapelowało o obciążenie ich wyższymi podatkami. Nie tylko zresztą ich, ale wszystkich rodzin, których roczne dochody przekraczają milion euro. Tym samym prezesi poszli w ślady amerykańskich rekinów biznesu z Warrenem Buffettem na czele, którzy od swojego rządu zażądali podobnych rozwiązań. Przyznam, że na tym tle martwi mnie milczenie polskich najbogatszych, którzy jakoś nie wpisują się w ten światowy trend. Nawiasem mówiąc, gdyby któryś z naszych prezesów wystąpił z podobnym apelem, dużo zaoszczędziłby na PR i na wydatkach reklamowych swojej firmy. Zyskałby darmowy i spory rozgłos. Ale niestety, o podwyższeniu podatków dla najbogatszych przebąkują w Polsce tylko przedstawiciele partii politycznych, nieustannie i jak się okazuje wbrew globalnym tendencjom solidnie za to krytykowani.

A przecież odruch solidaryzmu francuskich prezesów nie tylko wychodzi naprzeciw planom oszczędnościowym tamtejszego rządu, ale nawet znacznie je przekracza. Prezydent Sarkozy w swojej skromności chciał tylko cofnąć ulgi najbogatszym, nie zamierzał jednakże obciążać ich większymi podatkami. A tu oni sami o to apelują. Co zrobić z taką propozycją? Jeszcze nie wiadomo, ale jedno jest jasne: takich firm i ich szlachetnych szefów administracja nie powinna traktować źle. Nawet gdyby coś tam mieli za uszami, gdyby coś nie tak szło w ich biznesie. Już się nie godzi. Co więcej, gdyby znalazły się w jakiejś potrzebie, warto je wspomóc. Na pewno nie pozostaną dłużne.

Oczywiście, można przypuszczać, że inni biznesmeni, mniej skłonni do współpracy z rządem, będą próbowali obejść ewentualne nowe rozwiązania lub nie daj Boże uniknąć płacenia podatku dla bogatych. Ale trzeba pamiętać, że pętla nad dużymi przepływami finansowymi coraz bardziej się zaciska. Już nawet szwajcarskie banki zaczęły się dzielić informacjami o swoich klientach. Złośliwi co prawda mogą twierdzić, że szesnastu prezesów pionierów miało coraz mniej do stracenia, gdyż ucieczka przed podatkami w Europie staje się coraz trudniejsza. Ale to tylko czcze pomówienia.

Jest jeszcze inny typ złośliwców. To szczególarze. Gdzieś tam wygrzebią, że Buffettowi w gruncie rzeczy chodziło o ograniczenie ulg dla najbogatszych, a nie o bezpośrednią podwyżkę podatków. To ci czepialscy, którzy twierdzą, że także w kraju nad Wisłą znacznie lepsze efekty od podwyżek podatków dałoby ograniczenie ulg i odejście lub przynajmniej obcięcie kompletnie nieskutecznych rozwiązań, jak ulga prorodzinna czy becikowe. Albo na przykład ustanowienie górnych limitów korzystnych rozwiązań podatkowych dla tzw. twórców.

Nie, lepiej wyjść z donośną i dalekosiężną propozycją podwyżki podatków dla bogatych. Przecież kraj jest w potrzebie. I w każdej chwili w potrzebie może się znaleźć moja firma.