Gdyby minister Rostowski miał taką przypadłość jak Pinokio, czyli gdyby wydłużał mu się nos za każdym razem, gdy skłamie w sprawach finansów publicznych (np. o centymetr za każdy miliard złotych), podczas ostatniego wystąpienia w Sejmie kłułby nosem posłów siedzacych w siódmym – ósmym rzędzie. Jacek Rostowski realizuje operację ukrywania długu publicznego przed obywatelami na skalę niespotykaną w gospodarczej historii świata. Już zaplanowano, że w ciągu 10 lat zostanie ukryte ponad 300 mld zł długu, a przypomnę, że obecny dług publiczny wynosi 770 mld. Z tych 300 mld zł – 200 mld wynika ze zmian w ustawach emerytalnych, a 100 mld z planowanej zmiany sposobu finansowania budowy infrastruktury. Zamiast tańszych pożyczek zaciąganych przez rząd, mamy droższe pożyczki zaciągane przez rządowy bank BGK i Krajowy Fundusz Drogowy, ale za to takie pożyczki nie są i nie będą wliczane do długu publicznego według polskiej metodologii.

Długookresowe symulacje poziomu długu publicznego dla Polski pokazują, że gdy trzeba będzie spłacić wszystkie zobowiązania ukryte przez rząd Donalda Tuska, dług publiczny Polski sięgnie 300 proc. PKB. I słaba to pociecha, iż inne kraje UE będą miały podobne lub większe problemy. Bo większość krajów oszczędza i przeprowadza reformy, by uniknąć scenariusza kryzysu finansów publicznych, a rząd Tuska prosto w ten kryzys wpycha.

Ale ten artykuł nie będzie o finansach publicznych, tylko o przyzwoitości – elementarnej ludzkiej przyzwoitości. Chciałbym, aby rządzili nami ludzie przyzwoici, którzy mówią prawdę obywatelom, nawet jeżeli ta prawda nie jest optymistyczna. Którzy podejmują działania, by uchronić kraj przed czarnymi scenariuszami. Tymczasem stan rzeczy jest taki, że minister finansów rozpoczyna wielką operację chowania długu i jednocześnie opowiada, jak jest stabilnie i bezpiecznie. To tak, jakby nasz sąsiad poproszony o przypilnowanie domu podczas naszej nieobecności, specjalnie otworzył drzwi, zaprosił złodziei, a do nas zadzwonił i powiedział, że wszystko jest w porządku. Przez dwa tygodnie urlopu będziemy czuli się spokojnie, ale po przyjeździe do domu przeżyjemy wstrząs.

Nie mieści się w moich standardach przyzwoitości, że rzecznik polskiego rządu pilnuje domu Niemcowi, że podejmuje się próby ograniczenia wolności słowa. Czuję największe oburzenie, gdy pomimo czterech katastrof lotniczych w ciągu dwóch lat nikt za to nie poniósł politycznej odpowiedzialności, i nie rozumiem, jak można akceptować to, że w największych aferach minionych trzech lat do tej pory nie ma wyjaśnienia. W innym kraju, gdzie obywatele są mniej podatni na PR-owskie sztuczki, zaledwie niewielka część wymienionych przeze mnie faktów doprowadziłaby do trzęsienia ziemi na scenie politycznej.

Ale w Polsce są inne standardy uprawiania polityki, a więc i gdzie indziej lokuje się postrzegana przez polityków granica przyzwoitości. Wiem jedno. Jeżeli utrzymają się takie standardy rządzenia, Polska ma przed sobą marną przyszłość. To jest przyszłość opisana w scenariuszach wzrostu gospodarczego przez OECD, która prognozuje, że w latach 2016 – 2025 potencjalne tempo wzrostu polskiej gospodarki obniży się do 1,4 proc. W tym czasie kraje OECD będą rosły w tempie powyżej 2 proc. i zaczniemy tracić dystans do bogatszych państw. Zostaniemy krajem starych, schorowanych, biednych ludzi, z głodowymi emeryturami.

Tego scenariusza można uniknąć, ale tylko wtedy, gdy rządzący zaczną zachowywać się przyzwoicie, w powszechnym rozumieniu tego słowa.