Nowy rok to zwykle nowe strategie inwestycyjne. W tak niepewnej rzeczywistości jak obecnie zmieniane są one co kilka miesięcy, może nawet częściej. Początek tego roku przyniósł nam najpierw umocnienie, a chwilę później osłabienie dolara wobec euro. Po panice grudniowej w końcu osłabił się trochę frank szwajcarski w stosunku do wspólnej waluty.

Kiedy rośnie optymizm, zyskują waluty krajów rozwijających się, uważanych za w miarę bezpieczne. Celowo użyłem sformułowania „w miarę bezpieczne”. Węgier na przykład do w miarę bezpiecznych już zaliczyć nie można. Polskę tak. Nie można jednak zapominać, że żaden kraj uznawany za rynek wschodzący nie ma szans być postrzegany jako w pełni bezpieczny.

Dwa pierwsze tygodnie stycznia należały do złotego. Przede wszystkim dlatego, że napływ kapitału na rynki wschodzące, które są dziś źródłem wzrostu gospodarczego na świecie, jest znaczny. Po drugie dlatego, że silne osłabienie złotego w grudniu – na bazie obaw o stabilność strefy euro – wymagało korekty. I wreszcie po trzecie złoty dostaje ostatnio silne wsparcie z Narodowego Banku Polskiego.

Ten ostatni czynnik wyróżnia go spośród innych walut w regionie. Kilka zapowiedzi członków RPP o nieuchronności podwyżek stóp procentowych w najbliższym czasie oraz komentarze wskazujące na akceptację dalszego umocnienia złotego są bardzo silnym argumentem za tym, aby złotego kupować. W przeszłości bowiem z banku centralnego płynęły raczej słowa obawy przed zbyt szybką i nadmierną aprecjacją złotego. 9 kwietnia zeszłego roku NBP przeprowadził nawet operację osłabiającą polską walutę przy poziomie 3,84 do euro.

Dzisiaj jednak inflacja zaczyna być w Polsce (i nie tylko) poważnym problemem. W ostatni czwartek J.C. Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego, nie wykluczył podwyżek stóp procentowych w najbliższym czasie. Była to reakcja na wzrost inflacji w strefie euro do poziomu 2,2 proc. w grudniu. Jeśli dodać do tego rosnące ceny żywności i surowców na świecie, nie ma się co dziwić, że inflacja staje się poważnym problemem roku 2011 i zapewne też lat kolejnych. Dla przypomnienia: tylko w zeszłym tygodniu cena ropy naftowej przekroczyła 100 dolarów za baryłkę.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego RPP nie obawia się dziś tak bardzo umocnienia złotego, jak obawiała się jeszcze kilka miesięcy temu. Uznaje zapewne, że przy rosnących cenach surowców, których cena ma charakter globalny, najlepszym neutralizatorem jest kurs walutowy. Drugim czynnikiem zapewne jest świadomość wyjątkowej niestabilności na rynkach finansowych. Kilkutygodniowe umacnianie złotego może być szybko odwrócone przez wzrost awersji do ryzyka spowodowanej np. wzrostem niepewności w strefie euro. Ograniczona jest więc obawa, że złoty może się nadmiernie aprecjonować w dłuższym okresie. Przy tak napiętej sytuacji na rynkach finansowych większym ryzykiem jest nagła głęboka deprecjacja waluty, zarówno z powodów inflacyjnych, jak i fiskalnych, niż jej nadmierne umocnienie.

Z tej krótkiej analizy wynika, że w żadnym wypadku nie można na podstawie pierwszych dwóch tygodni stycznia wysnuwać prognoz walutowych w dłuższej perspektywie. Co więcej, obecny trend na rynku walutowym ma charakter relatywnego wyboru – tego, co w krótkim okresie wygląda najatrakcyjniej i gdzie najwięcej czynników przemawia za dalszym umocnieniem. Rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych w Polsce wydaje się nieuchronne, pytanie tylko o skalę i czas. Nie spodziewam się, aby RPP chciała znacznie podwyższyć stopy procentowe, jej działania będą raczej miały na celu wpłynięcie na oczekiwania inflacyjne i oddziaływanie na inflację poprzez kurs.

Decyzje RPP w najbliższym czasie są ważne, ale w dłuższym okresie znacznie istotniejsze dla przebiegu kursów walutowych będą globalny nastrój i skłonność do ryzyka. A tutaj spodziewałbym się raczej rollercoastera niż jakiejkolwiek funkcji liniowej. Nastawmy się na dużą zmienność w 2011 r.