Jacht był, sztorm był, szkoda jest. Pieniędzy nie ma. PZU odmawia wypłaty mimo gromów, jakie padają na firmę publicznie, bo Szkoła pod Żaglami jest powszechnie znana i ceniona. Spór dotyczy nazewnictwa. Odszkodowanie należałoby się, gdyby do katastrofy doszło w warunkach określanych jako „heavy weather”. PZU uważa, że określenie to odnosi się do nadzwyczajnych warunków pogodowych, a sztorm o sile 8 – 9 stopni w skali Beauforta, który miał miejsce u wybrzeży Anglii w chwili uszkodzenia żaglowca, był zbyt mały, by podlegać takiej kwalifikacji. Złamanie obu masztów nie wiąże się więc z wypłatą odszkodowania. Padają mocne słowa, groźby bojkotu ubezpieczyciela ze strony środowiska żeglarskiego. Andrzej Kryżan, prezes Stowarzyszenia Ekspertów Morskich, określił stanowisko PZU jako „noszące znamiona matactwa ubezpieczeniowego”. Z kolei PZU powołuje się na stacje pogodowe, z danych których wynika, że „choć warunki na morzu nie były łatwe, to na pewno nie można nazwać ich ekstremalnie sztormowymi”.

PZU wydaje się odporne na nieustającą presję ze strony polityków czy znanych osobistości, które interweniują w obronie „Chopina”. To z jednej strony cieszy, bo firma ta przez długie lata tańczyła tak, jak jej rządzący zagrali. Z drugiej jednak martwi, bo mamy do czynienia z coraz gorszym zachowaniem większości ubezpieczycieli względem klientów. Widać to po rosnącej liczbie skarg do rzecznika ubezpieczonych.

Spójrzmy na liczby. Do końca września do rzecznika ubezpieczonych napłynęło 8 tys. 665 skarg na towarzystwa. To prawie 40 proc. więcej niż przed rokiem. Najwięcej, prawie 56 proc., dotyczy polis komunikacyjnych. Skargi powodzian na brak wypłaty odszkodowań to tylko niewielka część ogółu. Przyczyną opóźnień są więc koszty ubezpieczycieli, którzy przykręcają śrubę. W ciągu trzech kwartałów zysk netto PZU spadł o 40 proc. – do 1,3 mld zł. Jeszcze gorzej jest w przypadku innych firm.

Może to przypadek, ale coraz częściej słychać o odmowach wypłaty odszkodowania lub opóźnieniach. Nie ma danych, bo firmy nie informują, jak często dochodzi do takich sytuacji. Niektóre kontrowersyjne decyzje ubezpieczyciela mają podstawę w umowie, np. klient dysponuje tylko jednym kluczykiem do auta, choć przy zawieraniu umowy firmie to wcale nie przeszkadzało. Często jednak szuka się na siłę pretekstu, by pieniędzy nie wypłacać. Nie dotrzymuje się terminu 30 dni na wypłatę odszkodowania i nie stosuje procedury, zgodnie z którą towarzystwo powinno poinformować o przyczynach i podać datę ostatecznego uregulowania należności. Znam ludzi, którzy chodzą do ubezpieczyciela miesiącami i słyszą: „Nie dostał pan jeszcze? Jak to możliwe? To pewnie przez powódź, jesteśmy przeciążeni. To już na pewno we wtorek”. Wtorek mija i nic. Dział likwidacji szkód znajduje się w innym mieście, pan, który prowadzi sprawę z ramienia ubezpieczyciela, jest nieuchwytny, nie odpowiada na e-maile, w zasadzie jest jak kwiat paproci, wszyscy o nim słyszeli, tylko nikt go nie widział. A to, że przy wypłacie kwota jest mniejsza od tej, na którą auto było ubezpieczone, już nikogo nie dziwi.

Gdyby opisać wszystkie praktyki ubezpieczycieli, nie starczyłoby miejsca w potężnej książce. Miejmy nadzieję, że przynajmniej w przyszłym roku nie będą już mogli zrzucać wszystkiego na powódź, a sztormy koło Anglii będą silniejsze.