Sprzedaż detaliczna aż furczy. Polska znowu traci kontakt z rzeczywistością.

Kiedy Europejczycy zaciskają pasa, w Warszawie balanga trwa na całego. Co tam kryzys! Nam żadne kłopoty nie grożą.

Belgowie, Włosi i Anglicy przestraszyli się ich nie na żarty. Wolą więc siedzieć w domu, popijając cienką herbatkę, niż szaleć w marketach na zakupach. Dlatego według ostatnich danych unijnego urzędu statystycznego sprzedaż detaliczna w większości krajów zachodniej Europy albo spada, albo rośnie w niewielkim stopniu. Nic dziwnego, że z zakupów rezygnują spanikowani Grecy czy szykujący się do ostrych cięć budżetowych Hiszpanie; ciekawe, że również tempo sprzedaży detalicznej w teoretycznie silnych Niemczech czy we Francji także nie jest rewelacyjne.

Tymczasem u nas skoczyło aż o 6,7 proc. To wynik jak z bajki. W konsumpcji okazaliśmy się najlepsi w Europie. Takiego tempa kupowania garderoby, mebli, sprzętu gospodarstwa domowego i innego rodzaju dóbr nie miał nikt.

Rewelacyjne dane Eurostatu można oczywiście tłumaczyć na dziesięć sposobów, m.in. zakupami po powodzi czy symbolicznym wzrostem zarobków. W każdym wyjaśnieniu na pewno będzie część prawdy.

Ale tylko część. Bo tak naprawdę nic nie uzasadnia tak szalonego optymizmu. A pęd do sklepów właśnie o nim świadczy. Nie uzasadniają go ani ciągle wysokie bezrobocie, ani perspektywa podwyżek podatków w przyszłym roku, ani rosnące ceny gazu, prądu, paliw. Życie będzie coraz droższe, a rynek pracy coraz bardziej niepewny. Firmy, które będą musiały płacić wyższe podatki, na pewno poszukają rekompensaty. W polskich warunkach oznacza to najczęściej cięcia etatów i redukcje pensji.

Niepewne perspektywy na przyszłość to wystarczający powód, by rezygnować z wydatków, gromadzić pieniądze na czarną godzinę, a jeżeli wydawać, to na inwestycje.

Polska co jakiś czas odlatywała poza przyziemną rzeczywistość. Nie potrafiła liczyć sił i zamiarów, zasłony dymne wrogów brała za dobrą monetę, wierzyła w słowa rzucane na wiatr. Grzeszyła naiwnością, a czasem głupotą.

Tymczasem wystarczyłoby wykonać prosty rachunek: jeżeli większość zapowiedzi na najbliższą przyszłość ma wartość ujemną, ich suma nie może wyjść na plus.