Z wiodących gospodarek napłynęło w ciągu kilku ostatnich dni wiele sygnałów świadczących o grożącym spowolnieniu, a może nawet nawrocie recesji, co ekonomiści zwykli nazywać drugim dnem. Wczoraj okazało się, że w Stanach Zjednoczonych wzrosło bezrobocie i deficyt handlowy, a niedawno szef Fed mówił o „wyjątkowo niepewnych perspektywach gospodarki”, której tempo wzrostu w II kwartale trzeba będzie zredukować względem wstępnych szacunków do przedziału 1 – 1,5 proc., czyli z grubsza o połowę. W Eurolandzie też nie jest różowo. Produkcja przemysłowa, zamiast rosnąć w czerwcu, jak prognozowali analitycy o 0,6 proc., niespodziewanie się skurczyła o 0,1 proc. Niepokoją Chiny, obecna lokomotywa światowej gospodarki, której wzrost PKB zaczyna wytracać impet. Pogorszenie nastrojów widać na światowych giełdach, których indeksy przez kilka ostatnich dni traciły.

Tym samym zamysły rządu, który najwyraźniej liczył, że wystarczy podwyżka VAT i trochę oszczędności, by przetrwać najbliższy rok, dwa, mogą wziąć w łeb. Plan miał ręce i nogi, tylko pod warunkiem że kryzys odejdzie w siną dal, a szybszy wzrost gospodarczy przyniesie większe wpływy do budżetu.

Zagrożeń jest kilka. Nawrót recesji u naszych zachodnich sąsiadów oznaczałby cios w produkcję i konsumpcję w Polsce i tym samym mniejsze wpływy z podatków. Agencje ratingowe coraz uważniej się przyglądają i choć obniżenie ratingu jest mało prawdopodobne, to nawet zmiana tzw. perspektywy może być dla nas kosztowna, bo automatycznie wzrosną koszty obsługi długu. Doświadczyli tego na swej skórze i Grecy, i Portugalczycy. Podobne skutki może mieć podniesienie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. W przypadku pogorszenia się sytuacji gospodarczej na świecie zagrożone byłyby również wpływy z prywatyzacji, która ma, poza podniesieniem VAT, ratować przyszłoroczny budżet.

Oczywiście tak pesymistyczny scenariusz nie musi się ziścić. Rząd musi mieć jednak świadomość, że chodzi po cienkiej tafli lodu.