Dziennik „Hospodarske Noviny” twierdzi, że Czesi przestraszeni złymi wskaźnikami głosowali na prawicę, by ocaliła ich przed greckim scenariuszem. A te wskaźniki to deficyt 5,9 proc. PKB. Polski deficyt przekracza już 7,1 proc., co plasuje nas w górnych stanach europejskiego zadłużenia. Ale nasi politycy nie panikują. W kampanii wyborczej nie było ani słowa o aktywnej naprawie państwa na wzór Czech. Ani o litewskich i estońskich reformach. Litwini zredukowali wydatki państwa o 30 proc. i pensje w sektorze publicznym o 20 proc. Premier swoją pensję obciął o 45 proc. To nie postawiło budżetu na nogi, ale pokazało determinację rządu. Wzrost gospodarczy przekroczy na Litwie 3,6 proc w 2011 r. Estonia, kraj, który jak się jeszcze rok temu wydawało, cały pójdzie pod młotek, w przyszłym roku przyjmuje euro. Swoimi wskaźnikami wyprzedza nas i całą średnią europejską.

Nikt nie spodziewa się po naszych politykach, że obetną sobie pensje. Wystarczyłoby, że ugryzą się w język, zanim następnym razem powiedzą: „Najważniejsza jest Polska”.