Prawdopodobnie dzisiaj Komisja Europejska podejmie decyzję, czy Stocznia Szczecińska Nowa i Stocznia Gdynia powinny zwrócić pomoc publiczną, uzyskaną po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

- Cały czas czekamy na informacje z Komisji. To, kiedy zapadnie werdykt w sprawie stoczni, zależy wyłącznie od komisarz Neelie Kroes, bo to ona podejmie decyzję, kiedy wprowadzić tę sprawę na kolegium komisarzy - mówi Maciej Wewiór, rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa.

Kto naprawdę dostał pomoc

Decyzja Brukseli, uznająca pomoc dla stoczni za niedozwoloną, oznaczałaby konieczność jej zwrotu. Według resortu, obowiązek odzyskania tych pieniędzy spadłby na instytucje, które jej udzieliły, czyli m.in. na ZUS i urzędy skarbowe. Nie wiadomo, o jakie kwoty chodzi. Według wyliczeń UOKiK, w sumie pomoc dla Stoczni Szczecińskiej Nowa, Stoczni Gdynia i Stoczni Gdańskiej wyniosła 1,5 mld zł. Z tego około 0,5 mld zł dotyczy stoczni ze Szczecina, a reszta pozostałych dwóch. Tyle że te zakłady wcześniej działały w grupie i w rezultacie teraz nie wiadomo, jaka część z blisko 1 mld zł przypada na Gdynię, a jaka na Gdańsk.

Najważniejsze: produkować

Jednak w tej chwili w sporze pomiędzy Warszawą a Brukselą nie chodzi o pieniądze. Aleksander Grad, minister skarbu państwa, zgodził się także na pomysł komisarz Neelie Kroes, żeby majątek stoczni sprzedać na aukcji, a z wpływów spłacić wierzycieli. W rezultacie spółki w momencie, gdy będą musiały oddać pomoc publiczną, po prostu nie miałyby żadnego majątku. Problem dotyczy tego, co potem, czyli - co będą mogły produkować spółki, które przejmą majątek stoczni?

- Komisarz Kroes w liście do ministra Grada napisała, że w Gdyni i Szczecinie po restrukturyzacji niekoniecznie widzi utrzymanie produkcji statków. Tymczasem polski rząd chce, aby nadal produkowano tam statki - mówi osoba pragnąca zachować anonimowość.

Od tego zaś, czy produkcja statków będzie nadal możliwa, zależy skala redukcji zatrudnienia.

- Istotą sprawy nie jest to, czy polskie plany restrukturyzacyjne są przekonywujące, czy nie. Tu chodzi o to, jaki wydźwięk polityczny będzie miała likwidacja miejsc pracy - i o nic więcej - ocenia Wojciech Roman, partner zarządzający działem doradztwa finansowego w Deloitte.

Resort skarbu pośrednio potwierdza, że na tym w istocie polega problem.

- Nie ma pytania, czy restrukturyzować stocznie, ale jest pytanie, jak. Nie chcemy, żeby doszło do zwykłej wyprzedaży majątku. Chodzi nam o to, aby inwestor, który kupi majątek stoczni, mógł tam prowadzić między innymi działalność stoczniową i na przykład przejąć pracowników. Rozmawiamy z Komisją Europejską o zabezpieczeniach dla pracowników, chcemy bowiem im zagwarantować płynne przejście do nowych zakładów pracy - mówi Maciej Wewiór i dodaje, że w najbliższych dniach ma być przesłany do Brukseli projekt specustawy o restrukturyzacji stoczni Szczecińskiej i Gdynia. Zgodnie z projektem sprzedażą majątku tych zakładów miałaby się zająć Agencja Rozwoju Przemysłu.

Niepewny los Gdańska

Skala problemu z punktu widzenia stoczniowców jest niebagatelna. Z planu połączenia stoczni Gdynia i Gdańskiej, przygotowanego przez ISD Polska, wynikało, że pracę może stracić do 2 tys. osób.

Na dodatek, nawet jeśli uda się rozwiązać sprawę Szczecina i Gdyni, nie zakończy to problemów ze stoczniami. Nadal nie wiadomo, co będzie ze Stocznią Gdańską, dla której KE chce odrębnego planu restrukturyzacji. Na dodatek Ministerstwu Skarbu Państwa nie podobają się pomysły ISD Polska dotyczące zakładu w Gdańsku.

- Oczekiwania inwestora na temat zaangażowania Skarbu Państwa w Stoczni Gdańskiej odbiegają od tego, co jesteśmy gotowi zaoferować. Jednak ponieważ trwają negocjacje, nie możemy teraz podać sum, proponowanych przez obydwie strony - informuje Maciej Wewiór.

ISD wyjaśnia, że chodzi o kwotę nieprzekraczającą 200 mln zł, czyli taką, która pozwoli zlikwidować zobowiązania stoczni wobec ZUS, ARP i Korporacji Polskie Stocznie.