Sztaby kryzysowe w PKN Orlen i Grupie Lotos, pełna mobilizacja w magazynach paliw, gorączkowe rozmowy w sprawie interwencyjnych dostaw morzem – to sytuacja po zakręceniu przez Białoruś w nocy z niedzieli na poniedziałek kurka na rurociągu Przyjaźń. Przechodzi nim 96 proc. ropy przerabianej przez polskie rafinerie. Choć jeszcze wczoraj w południe wiceminister gospodarki Piotr Naimski uspokajał, że bezpieczeństwo dostaw nie jest zagrożone dzięki zgromadzonym zapasom, to analitycy nie kryją sceptycyzmu.
– Nie można polegać na obietnicach Rosji. W czwartek zapewniała, że nie będzie przerw w dostawach, a radykalną zmianę sytuacji mamy zaledwie po czterech dniach – ostrzega Gabriela Kozan, analityk e-petrol.pl, portalu monitorującego rynek paliw płynnych. – Kilka dni przerwy w dostawach nie spowoduje żadnych perturbacji. Ale po kilkunastu dniach zaczną się problemy, bo dodatkowy import wymaga czasu – dodaje Urszula Cieślak z łódzkiego Biura Marketingowego Reflex. Efekt? Niewykorzystanie wszystkich mocy przerobowych w rafineriach i w konsekwencji całkiem realna podwyżka cen hurtowych, a następnie detalicznych. Jej wysokość trudna jest teraz do przewidzenia. Początkowo należy się spodziewać wzrostu o kilka groszy na litrze. Czy należy się martwić? Ministerstwo Gospodarki zapewnia, że kierowcy na razie mogą spać spokojnie. Zapasy powinny wystarczyć na ok. 80 dni. Pozwolą na podpisanie kontraktów spotowych i ściągnięcie ropy statkami, jeśli Białoruś nadal będzie blokować tranzyt surowca Przyjaźnią. Eksperci twierdzą jednak, że nie będzie to konieczne. – Za chwilę wszystko wróci do normy. Zakręcenie kurka jest dla Mińska narzędziem do rozmów z Moskwą, by cokolwiek wynegocjować. Białoruś nie może zapędzić się za daleko – twierdzi źródło zbliżone do spółki J&S, największego pośrednika sprzedającego polskim rafineriom rosyjską ropę. Przerwa w dostawach ropy, nawet jeśli potrwa krótko, może przyspieszyć decyzje w sprawie dywersyfikacji dostaw. – Jesteśmy do nich znacznie lepiej przygotowani niż w przypadku gazu – zauważa Janusz Steinhoff, były wicepremier w rządzie Jerzego Buzka. Gdański Naftoport może przyjąć ilości ropy wystarczające na pokrycie potrzeb całej gospodarki. Jest jednak problem ceny: ropa transportowana statkami jest droższa. Przykładowy koszt frachtu z Zatoki Perskiej może sięgnąć 2 dolarów za baryłkę. Do tego trzeba jeszcze doliczyć kilkudolarową różnicę w cenie samego surowca. Tymczasem możliwości przerobu w polskich rafineriach ropy z położonego bliżej Morza Północnego są ograniczone technicznie. Perturbacje w dostawach mogą natomiast przyspieszyć prace nad nową ustawą o zapasach paliw.