statystyki

Dieselgate u Volkswagena, czyli jak ekolodzy urządzają nam świat

autor: Łukasz Bąk25.09.2015, 07:04; Aktualizacja: 26.09.2015, 09:04
Volkswagen afera spalinowa

Amerykanie powinni teraz wziąć na warsztat inne diesle europejskie, japońskie i własneźródło: PAP

Volkswagen fałszował dane o emisji spalin, czym z marszu zasłużył sobie na miano motoryzacyjnego czarnego charakteru. A może w rzeczywistości jest pokrzywdzonym? Pierwszą ofiarą idiotycznych regulacji, które nabijają portfele ekologom i politykom, psują nam auta i nie mają większego wpływu na środowisko?

reklama


reklama


Zanim zabrałem się do pisania tego materiału, przeczytałem kilkadziesiąt polsko- i anglojęzycznych publikacji na temat ostatnich wydarzeń wokół grupy VW. Przekaz ich wszystkich był w zasadzie taki sam: Niemcy nas trują! Mógłbym się przyłączyć, to byłoby jednak kopanie leżącego. Pod warunkiem że w ogóle bym się dopchał, bo przecież okładany jest już z każdej strony: przez Amerykę, Europę, Chiny (skąd w Pekinie nagle taka troska o środowisko?), ekologów, konkurencję, a nawet prokuratorów i samych klientów. Eksperci optymiści wróżą mu chude lata, a pesymiści – całkowite unicestwienie. Ale czy cała ta awantura to wyłącznie wina Volkswagena? A może jest tylko kozłem ofiarnym, którego postanowiono spalić na stosie ułożonym z obłudy i ekologicznych kłamstw?

Zakładnicy norm

Dokładny zarzut amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska brzmi tak: spaliny volkswagenów wyposażonych w silnik Diesla (typu EA 189) zawierają znacznie więcej tlenków azotu, niż dopuszczają normy w USA. Jak Niemcom udało się to ukryć? Ponoć opracowali wyrafinowany system fałszowania wyników – samochody z silnikami TDI wykrywały, kiedy przechodzą badanie diagnostyczne, i automatycznie przełączały się w tryb oszczędny: komputer ograniczał moc silnika, a wówczas spaliny spełniały normy. Po wyjechaniu z warsztatu auto odzyskiwało moc i zaczynało bardziej brudzić środowisko.

W tym miejscu wypada napisać, czym są owe normy. Tak w USA, jak i w Europie pojawiły się na początku lat 90. i ich zadaniem było ograniczenie zanieczyszczenia powietrza przez samochody. Określono, ile i jakich substancji maksymalnie mogą zawierać spaliny nowych aut. I z biegiem czasu śrubowano wymagania. O ile w ramach normy Euro 1, obowiązującej od 1992 r., silnik Diesla mógł wydalać do atmosfery prawie 1,2 g tlenków azotu na kilometr, to według najnowszej – Euro 6 – jest to już tylko 0,08 g. Czyli piętnastokrotnie mniej. Norma dla cząstek stałych zmniejszyła się w tym czasie aż trzydziestokrotnie.

Aby podołać nowym wymaganiom, producenci pompowali miliardy w opracowanie oraz wdrożenie narzędzi i systemów mających pomóc w oczyszczaniu spalin: katalizatory, filtry cząstek stałych, specjalne roztwory (adBlue) rozkładające tlenki azotu itd. A jednocześnie każda kolejna generacja auta miała być mocniejsza i szybsza – bo tego oczekiwali klienci. W tym wypadku połączenie ognia z wodą okazało się nie do końca możliwe, więc zaczęto kombinować – projektować auta i przeprowadzać ich testy tak, aby wykazać się jak najniższym zużyciem paliwa i emisją spalin (na czele z demonizowanym dwutlenkiem węgla). Tylko po to, by w ogóle móc – zgodnie z przepisami – je sprzedawać. Podczas takiego testu samochód nie opuszcza nawet na chwilę laboratorium, jedzie w wirtualnej rzeczywistości, niewymagającej nagłych hamowań, przyspieszeń, bez wiatru, innych uczestników ruchu, świateł etc. Jego osiągnięcia po takim teście wpisuje się do oficjalnej dokumentacji, homologacji i katalogów. Później takie auto wyjeżdża na drogi, a jego nabywca boleśnie zderza się z rzeczywistością. Organizacja International Council of Clean Transportation wyliczyła, że dekadę temu różnice między zużyciem paliwa deklarowanym przez producentów a rzeczywistym wynosiła ok. 10 proc. Obecnie to już 30 proc. I to średnio (przebadano pół miliona aut), bo w przypadku niektórych producentów różnice sięgają 60 proc. A wraz ze wzrostem zużycia paliwa drastycznie rośnie również emisja spalin. Spada za to niezawodność – wszystkie te „supermoce”, które mają czynić nasze auta bardziej ekologicznymi, sprawiają, że jednocześnie częściej się psują. I krócej żyją.

Jestem zatem pewien, że problem nie dotyczy wyłącznie Volkswagena. Amerykanie powinni teraz wziąć na warsztat inne diesle europejskie, japońskie i własne. Ups, przepraszam, przecież własnych nie mają. Gdyby postawić przed nimi zadanie wykonania takiego motoru, powstałby z tego najwyżej piec olejowy. Wychowali się na paliwożernych benzynowych motorach V6 i V8 i dopiero kryzys z lat 2008–2009 trochę przekonał ich do ropniaków. Wówczas Volkswagen postanowił spróbować sił na tamtejszym rynku ze swoim legendarnym TDI. I w pięć lat zdobył większość udziałów. Oraz przyczynił się do wzrostów zainteresowania dieslami o 30–40 proc. w skali roku. Niektóry Amerykanom mogło się to nie spodobać.

Krowa szkodliwsza niż golf

Wróćmy na chwilę do tlenków azotu, którymi rzekomo truje nas Volkswagen. W ujęciu globalnym produkujemy ich ok. 115 mln ton rocznie, a dodatkowe 85 mln ton wytwarza sama z siebie natura. Samochody osobowe jeżdżące po drogach całego świata mają w tej ogólnej kwocie zaledwie siedmioprocentowy udział, a diesle – maksymalnie trzyprocentowy. Z tej perspektywy skala i ranga do awantury wokół Volkswagena wydają się grubo przesadzone. Tak samo, jak grubymi nićmi szyte są ostrzeżenia pseudoekologów, że zabije nas dwutlenek węgla i związany z nim efekt cieplarniany.

– Jeżeli nie ograniczymy emisji CO2, to wyginiemy jak dinozaury – lamentują. Tymczasem prawdziwi naukowcy z Centrum Polityki Energetycznej i Środowiskowej w Manhattan Institute mają na ten temat inne zdanie. Wyliczyli, że spalanie paliw kopalnych przez całą ludzkość odpowiada za – uwaga, uwaga – całe 3,3 proc. globalnej emisji CO2. Gdzie jest reszta? No więc oceany produkują 41,4 proc. dwutlenku węgla, a biosfera – 55,3 proc. Mimo to ekolodzy twardo obstają przy swoim: te 3,3 proc. doprowadzi do zagłady. Ziemia przetrwała 4,5 mld lat, przechodząc w tym czasie wielokrotnie przez epoki zlodowacenia i ocieplenia klimatu, a banda megalomanów twierdzi, że my będziemy w stanie zabić ją w kilka sekund. Przykro mi, ale prędzej zrobią to krowy. Serio.

Naukowcy z Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy wyliczyli, że krowa dająca 10 000 litrów mleka w skali roku wydala do atmosfery 136 kg metanu. Metan zaś jest 25-krotnie skuteczniejszy w przechwytywaniu ciepła niż dwutlenek węgla. Prościej? Proszę bardzo: 136 kg metanu z jednej krowy wpływa na efekt cieplarniany tak jak 3400 kg CO2. Aby tyle dwutlenku dostało się do atmosfery, volkswagen golf z silnikiem 1,6 TDI musi przejechać około 35 tys. km. To średni roczny przebieg samochodów jeżdżących np. po niemieckich drogach. Wychodzi więc na to, że pótorej tony niemieckiej blachy i plastiku ma dokładnie taki sam wpływ na efekt cieplarniany co krowa. I jeszcze jedna przyrodniczo-motoryzacyjna ciekawostka: Argentyna, będąca jednym z największych producentów wołowiny na świecie, emituje rocznie do atmosfery około 180 mld kg metanu. Ten jeden kraj zwiększa efekt cieplarniany w porównywalnym stopniu, co 51 mln golfów z dieslem pod maską.

W świetle tego wszystkiego wolę fałszującego wyniki Volkswagena, który wydaje miliardy euro rocznie na to, byśmy mogli wygodniej i szybciej przemieszczać się z punktu A do punktu B, niż ludzi, którzy nazywają się ekologami, choć z lenistwa w szkole opuszczali wszystkie lekcje chemii i biologii. Dziś największym wyzwaniem, jakiemu są w stanie podołać, jest wdrapanie się na sekwoję i rozwieszenie na niej transparentu z hasłem „Chrońmy naszą planetę”. Opracowali je w pocie czoła kilkadziesiąt lat temu i.... na tym poprzestali. To już wszystko. Nic więcej nie wymyślili, w niczym nie pomogli, nie podrzucili żadnego sensownego rozwiązania. Uwolnić orki, zakazać samochodów i wrócić do jaskiń – to ich pomysł na uporządkowanie świata.

Właśnie za wcielanie podobnie idiotycznych pomysłów i opracowywanie norm ekolodzy dostają pieniądze od polityków. Oczywiście interes mają w tym obie strony: pierwsza dostaje milionowe dotacje po to, aby mogła nadal wdrapywać się na drzewa i myśleć o bzdurach, druga – zyskuje argument do wyciągania miliardów z kieszeni obywateli. Jak?

Biznes napędzany ekobzdurami

Pomińmy limity emisji narzucane przez Brukselę na przemysł (za każdy gram powyżej norm przewidziano kary sumujące się do milionów euro rocznie). Zajmijmy się mniej medialnym przykładem: zdecydowana większość zachodnich państw opodatkowuje samochody zależnie od tego, jaką normę emisji spalin spełniają. Za starsze modele płaci się co roku więcej, niż wynosi ich rynkowa wartość, a dodatkowo zabrania im wjazdu do miast. Ale już np. taka Toyota Prius, uchodząca za ekologiczną, całkowicie zwolniona jest z podatku. Niestety, i politycy, i tzw. zieloni nie dostrzegają przy okazji pewnych faktów: Prius ma baterie litowo-jonowe, a lit jest materiałem niezwykle trudnym i energochłonnym w wydobyciu. Co więcej, Japonia nie ma własnych źródeł tego surowca, więc importuje go m.in. z Kanady. I nie jest on transportowany na tratwach i żaglówkach, tylko wielkimi kontenerowcami zasilanymi ropą naftową. Później w Japonii składa się gotowe priusy z akumulatorami, a następnie przewozi z powrotem (też nie żaglówkami) do Kanady, USA i Europy. Gdyby to wszystko zsumować i policzyć, ile szkodliwych substancji przy okazji produkcji Priusa trafiło do atmosfery, okaże się, że jest on mniej ekologiczny od starego pieca węglowego w domu mojej babci.

Jeszcze gorzej sprawy się mają w przypadku aut całkowicie elektrycznych, które producenci, poklepywani przyjacielsko po plecach przez zielonych przyjaciół, uwielbiają określać mianem „zero emission”. Sęk w tym, że aby w ogóle ruszyć takim samochodem z miejsca, trzeba go podłączać na kilka godzin do gniazdka z prądem. A prąd w zdecydowanej większości pochodzi ze spalania węgla. Aby wytworzyć 1 kW energii, elektrownia musi spalić ok. 300 g surowca. Takie bmw i3 potrzebuje na przejechanie 100 km ok. 13 kW energii, co odpowiada 4 kg węgla. Najbardziej ekologiczny zakład, spalając taką ilość surowca, wyrzuca z siebie przy okazji 8 kg dwutlenku węgla, 1,2 kg popiołu i 140 g dwutlenku siarki. Oczywiście liczby te mogłyby być znacznie mniejsze, a nawet mogłoby nie być ich wcale, gdyby energia do ładowania baterii i3 pochodziła np. z elektrowni wiatrowej albo słonecznej. Ale tak nie jest.

Wróćmy jeszcze na chwilę do hybrydowego Priusa. Popularny w Stanach Zjednoczonych magazyn naukowy „Scientific American” przeprowadził ciekawy test: porównał emisję CO2 toyoty i czterech mężczyzn, którzy na zmianę spacerowali, biegli i jechali na rowerach. Okazało się, że... razem wydychali do atmosfery więcej dwutlenku węgla, niż wypadało z rury wydechowej auta. Zamiast więc biegać w weekendy w tych wszystkich maratonach paraliżujących miasta, lepiej zapakujcie kumpli do samochodu i jedźcie na piwo. Matka Natura będzie wam wdzięczna.

PS Wszystkim tym, którzy zadają sobie pytanie: „Ciekawe, ile Volkswagen zapłacił ci za ten tekst”, odpowiadam: Nic. Po prostu robi dobre auta, które trują nas dokładnie w takim samym stopniu co krowy. 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

  • Michał(2015-09-29 11:23) Odpowiedz 71

    Autorze - jesteś manipulatorem i idiotą. Piszę to jawnie ze świadomością konsekwencji prawnych

  • Robert(2015-10-03 12:47) Odpowiedz 51

    Autor to ignorant, niedouczony fan czterech kółek, jeżeli nie wziął za ten tekst ani centa, to znaczy że jest również pożytecznym idiotą , który za free powtarza argumenty motoryzacyjnego lobby. Szum informacyjny to dobra metoda na przykrycie niewygodnych faktów, a wspomniani "prawdziwi naukowcy z Centrum Polityki Energetycznej i Środowiskowej w Manhattan Institute " to normalna w stanach praktyka sponsorowania przez koncerny energetyczne badań których wyniki maja potwierdzać z góry założone tezy.
    PS autor niestety nie wykonał rzetelnie swojej pracy,

  • ggg(2015-09-28 23:09) Odpowiedz 51

    Autor jest zwykłym nieukiem. Wstyd, miałem was za poważną gazetę.

    http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/lukasz-bak-emisjami-co2-strasza-nas-nieuki-108

  • straszny ekolog(2015-09-26 17:04) Odpowiedz 50

    Niech będzie te 3,3% ludzkiej emisji CO2 rocznie.
    Pan redaktor twierdzi, że to mało?

    Tylko że to jest DODATKOWE 3,3% ROCZNIE, teraz proszę odpalić excela i policzyć sobie procent składany, 3,3% w okresie np. 100 lat. Nie będzie to już takie banalne. Nadmieniam, że jest to dodatkowy CO2, ponieważ to co emitują oceany i biosfera jest w cyklu węglowym i sobie krąży w obiegu. My co roku dorzucamy do tego 3,3%.

  • axl(2015-09-29 19:41) Odpowiedz 30

    Odtrutka na Bąkowe brednie:
    http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/lukasz-bak-emisjami-co2-strasza-nas-nieuki-108

  • ryzyk-fizyk(2015-09-28 18:02) Odpowiedz 20

    Łukasz Bąk startuje w konkursie na klimatyczną bzdurę roku:

    http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/lukasz-bak-emisjami-co2-strasza-nas-nieuki-108

    Taki poziom niewiedzy jak u Bąka rzadko kiedy się spotyka.

  • michał(2016-01-18 16:47) Odpowiedz 10

    Nikt nie zmuszał VW do kłamstwa. VW poprzez perfidne, ohydne kłamstwo czerpał korzyści ze sprzedaży samochodów co wyczerpuje znamiona przestępstwa. Za taki czyn powinien zostać surowo ukarany z bankructwem włącznie.

  • ja(2015-09-25 14:24) Odpowiedz 12

    "idiotycznych regulacji, które nabijają portfele ekologom i politykom, psują nam auta"
    Te idiotyczne regulacje przede wszystkim nabijają portfele koncernom motoryzacyjnym, takim jak VAG właśnie. Coraz ostrzejsze normy zmuszają klientów do pozbywania się starych samochodów i kupowania nowych. Są więc przez koncerny mocno lobbowane.

  • Francuskie_pl(2015-09-30 11:12) Odpowiedz 10

    I jeszcze jedno.
    Skoro tak chętnie podlicza Pan tę całą emisję związaną z produkcją i transportem samochodów elektrycznych, to proszę to samo zrobić dla diesli, czy ogólnie - dla samochodów o konwencjonalnym napędzie.

  • Francuskie_pl(2015-09-30 11:09) Odpowiedz 10

    "Zajmijmy się mniej medialnym przykładem: zdecydowana większość zachodnich państw opodatkowuje samochody zależnie od tego, jaką normę emisji spalin spełniają"

    I o to chodzi. Volkswagen oszukiwał, sprzedawał samochody jako ekologiczne i ich właściciele nie płacili wspomnianych przez Pana kar. Gdyby musieli je płacić, to pewnie zdecydowana większość nie kupiłaby samochodów Grupy Volkswagena.
    To było oszustwo, a nie próba kontestacji wyśrubowanych norm.

  • Zaczytany(2015-09-27 21:44) Odpowiedz 10

    Prawda i nie. Elektryczne auta i hybrydy faktycznie nie są bardziej eko od zwykłych aut jeżeli weźmie się pod uwagę produkcję, eksploatację i stylizację. Mam nadzieję, że właśnie dlatego w Polsce nie ma jeszcze przywilejów dla tych pseudo eko wynalazków. Jednak VW wtopił i to poważnie tylko dlatego, że zauważył lukę w rynku i pomyślał o zyskach oraz o tym ile można dla nich zaryzykować. Jak się teraz dowiadujemy można poświęcić bardzo dużo byle by zarobić. Niema w obecnych czasach. Nie ważne co będzie jutro, ważne ile dzisiaj zarobimy. Tak działają dzisiaj firmy w dużej większości. Co do VW to jestem fanem aut tej marki, jednak ich auta skończyły się z początkiem lat 90. Teraz wszystkie auta są tak samo złe i dobre. Liczy się zysk. Więc aby zarabiać trzeba kombinować. VW przekombinował i będzie musiał zapłacić. Życie, tym razem się nie udało.
    Bardzo fajny artykuł. Miło się czytało pomimo drobnych błędów. Jak z tą energią w kW. Jednak ktonwie to zrozumie, a kto nie wie ten się nie domyśli.

  • guru122(2015-09-27 23:43) Odpowiedz 03

    to nie sa ekolodzy tylko unijno-germańscy pseudoekolodzy mający na celu wprowadzanie nowych pseudoekologicznych norm które będzie mógł sprostać tylko niemiecki przemysł.

  • Ron(2015-09-30 01:29) Odpowiedz 00

    Większej ściemy nie czytałem dawno. Nic o rakotwórczej sadzy z dizli i spalaniu oleju silnikowego przez olejoźłopy vw. co wg producenta nie jest wadą, lecz "cechą" silników vw.

  • antyterrorysta(2015-09-26 22:27) Odpowiedz 03

    No i choćbyś przedstawił logiczny wywód to i tak ekologiści skasują go w stylu Mad Larena "oprocz kilku podstawowych pomylek, ktore dlugo byloby tu prostowac" To sprostuj, z chęcią wysłucham. A co do skarpet i trampków toś wybrał akurat dwusuwy, z "natury", bo taka natura dwusuwa, "wydychające" niedopalone paliwo. Zanim zacznie się ironizować to trzeba trochę mieć pojecie o silnikach spalinowych ...

  • Mad Laren(2015-09-26 17:50) Odpowiedz 01

    No coz, ma pan redaktor niewatpliwa racje (oprocz kilku podstawowych pomylek, ktore dlugo byloby tu prostowac). Mam wiec nadzieje, ze sypia pan sobie w garazu tuz kolo Golfika z zapalonym silnikiem (drzwi proponuje otworzyc by sie nie udusic). Za jakis czas pokaze nam pan wyniki badan pluc. Na pewno beda idealne bo w koncu nie ma to absolutnie zadnego znaczenia dla ich stanu ile telenkow azotu zawiera wdychane powietrze, nieprawdarz ? Dawniejszymi czasy wydechy aut bardziej smierdzialy (na przyklad te Syrenek i innych trampkow) nie dlatego, ze jakies szkodliwe substancjie wydzielaly one, tylko po prostu uzywano gorszej jakosci dezodorantow.

  • chrumps77(2015-09-30 15:15) Odpowiedz 00

    Fakt - za pomiar energii w kilowatach VW by nie zapłacił (być może SKODA).

  • Inż. Ochrony srodowiska(2015-11-06 23:22) Odpowiedz 03

    Wreszcie ktoś to napisal! Jako inzynier ochrony środowiska (praktyk z 20 letnim stażem w przemyśle i analityce chemicznej) zgadzam sie z tym tekstem. Ekoterroryści zza biurka wymyślają idiotyczne przepisy, których wprowadzenie w życie kosztuje miliardy euro. oczywiscie pieniądze te zaplaca finalnie klienci i w konsekwencji za 20 lat Europa bedzie wyglądać jak Chiny w latach 90-tych tzn. tylko rządowe samochody a reszta obywateli na rowerach.

  • ms(2015-09-26 22:47) Odpowiedz 01

    http://premiummoto.pl/dzienniki-premiummoto-pl/#vw - w podobnym tonie tekst. Z VW nabija się tylko ciemnota.

  • Obserwator(2015-10-07 12:36) Odpowiedz 02

    Skandalem jest forsowanie norm "ekologicznych", których efekt ekologiczny jest ujemny jeśli uwzględni się wszystkie nakłady na badania, produkcję, eksploatację i serwisowanie, a w przede wszystkim opóźnienie wymiany starych samochodów na nowe, eksploatowanych do technicznej śmierci, nie spełniających żadnych norm.
    Jak te "czyste" samochody, po kilku latach eksploatacji, będą "serwisowane" to następna cegiełka ekologicznego bilansu.

  • Adam(2015-09-29 17:26) Odpowiedz 03

    Świetny artykuł Autor rzetelnie wykonał swoją pracę, nie unikając przyrównań z lekkim przymrożeniem oka.
    A to czego Autor nie poruszył w całym zamieszaniu .. To Wojna Handlowa. USA bronią swojego rynku oraz producentów samochodów, bowiem USA nie dysponują technologią produkcji zaawansowanych silników Diesla.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

reklama