Czasem jednak aż się prosi, żeby przedsiębiorcę, który pozywa konsumenta, pognać do stu diabłów. Osobiście najbardziej gnałbym firmy pożyczkowe. Poszczególni przedsiębiorcy mogą wydać majątek na PR, ale dopóki będą zdarzały się takie przypadki, jak poniższy, nic nie pomoże.

W 2013 r. kobieta wzięła pożyczkę. Otrzymała 1200 zł. Kwota do spłaty? 2931,52 zł. Transakcja niezbyt korzystna, trzeba przyznać. Można jednak powiedzieć – nikt nie każe pożyczać na takich warunkach.

Problem w tym, że firmy pożyczkowe w fatalny dla klientów sposób ukrywają opłaty. Dla przeciętnego konsumenta są one nie do zrozumienia. Ta konkretna firma uznała, że pożyczkę na 1200 zł trzeba ubezpieczyć (a ubezpieczenie to przecież coś, co się przydaje klientowi – zdaniem samego klienta). Ile wynosiła składka? 1278,26 zł!

Ten absurd dostrzegł sąd. I co zrobił? Wyjaśnił, że co prawda składka ubezpieczeniowa (1278,26 zł) przekracza kwotę realnie wypłaconą pozwanej (1200 zł), ale jednocześnie stwierdził, że nie miał podstaw do dokonania oceny stosownego postanowienia umowy ubezpieczenia jako abuzywne, skoro określa ono świadczenie główne i jest określone jednoznacznie. Innymi słowy: firma ukryła opłatę w ubezpieczeniu? Proszę bardzo, świetny pomysł!

Cieszyć się wypada, że sąd za niezgodne z prawem uznał przynajmniej opłaty związane z monitoringiem zadłużenia (czytaj: windykacją). W przeciwnym razie mogłoby się okazać, że człowiek nie wypłaciłby się do końca życia. Bo za wizytę windykatora firma liczyła sobie opłatę „w wysokości rzeczywistych kosztów dojazdu (...) i diet wyliczonych według przepisów w sprawie delegacji służbowych oraz wynagrodzenia pracownika windykacji”. Ale o ile wyrok nakazujący zapłatę ponad 2200 zł na rzecz firmy (plus odsetki) mnie zmartwił, o tyle coś innego wręcz oburzyło: otóż pożyczkodawca wniósł apelację! Jak przekonywał – sąd się pomylił, uznając koszty windykacji za przesadzone.

Są więc trzy stopnie bezczelności: zwykła, totalna i prowadzenie biznesu pożyczkowego.