Konflikt na Wschodzie przyspieszył rozstrzygnięcia w sprawie uzbrojenia naszej armii. Wczoraj rząd wyłożył karty w sprawie dwóch dużych zakupów zbrojeniowych. Tak jak przewidywaliśmy w wydaniu DGP z 14 kwietnia, kontrakt na najważniejszą część tarczy antyrakietowej pod kryptonimem „Wisła” – czyli zakup przeciwlotniczych i przeciwrakietowych zestawów średniego zasięgu – dostali Amerykanie. Kupimy od nich zestawy Patriot.

Do 2025 r. będziemy mieć osiem baterii zestawów rakietowych obrony powietrznej „Wisła”. – Chcę położyć nacisk na kwestię tempa, ze względu na niebezpieczny świat i zagrożenia w naszym regionie – komentował prezydent Bronisław Komorowski. Pierwsze dwa zestawy mamy dostać w ciągu trzech lat od podpisania umowy. Ale już w momencie podpisania kontraktu Amerykanie mieliby przysłać jedną baterię do Polski. Patrioty mają nas chronić m.in. przed pociskami Iskander, które Rosjanie instalują w obwodzie kaliningradzkim.

Kontrakt na tarczę ma charakter militarny i polityczny. Ma wzmocnić sojusz z USA. Dlatego zostanie zwarty jako kontrakt rządowy. W maju do Waszyngtonu poleci wicepremier Tomasz Siemoniak, by negocjować jego szczegóły. Umowa ma zostać podpisana w drugiej połowie przyszłego roku. Liczymy nie tylko na amerykańskie rakiety, lecz także na wzmocnienie obecności ich żołnierzy na naszym terytorium. Umowa ma gwarantować także transfer technologii do Polski i udział polskiego przemysłu w kontrakcie. MON argumentuje, że taki sposób zakupu pozwoli na przyspieszenie kontraktu i ograniczy ryzyko przedłużania procedury, gdyż w przypadku przetargu przegrani mogliby próbować podważać jego wynik.

Także drugi kontrakt w sprawie śmigłowców ma mieć charakter międzyrządowy. Jak pisaliśmy tydzień temu, wybór padł na proponowany przez Airbusa śmigłowiec H225M Caracal. To na razie nie jest ostateczna decyzja, a zakwalifikowanie tej maszyny do testów, które dadzą ostateczną odpowiedź na pytanie, czy nadają się dla naszej armii. Prawdopodobieństwo tego zakupu jest duże. Chcemy mieć 50 takich maszyn. Pierwotnie była mowa o 70, ale jak informuje MON – ograniczono ich liczbę, bo dłużej w służbie pozostaną śmigłowce Mi-17.

Francuskie maszyny mają służyć w różnych wersjach m.in. jako transportowe, sanitarne czy do zwalczania okrętów podwodnych. W przypadku kontraktu z Francuzami nie można liczyć na podbicie go specjalnymi kontaktami wojskowymi. – O ile Amerykanie mogą na to pozytywnie odpowiedzieć, o tyle w przypadku Francuzów mam wątpliwości. Oni uważają, że wzmocnienie sił w Polsce to ruch konfrontacyjny wobec Rosji – mówi Witold Waszczykowski z PiS, były wiceszef MSZ.

Ministerstwo Obrony Narodowej argumentuje, że i Augusta Westland, i Amerykanie nie spełniali kryteriów formalnych. W przypadku Augusty za długo mielibyśmy czekać na śmigłowce. Z kolei w przypadku Amerykanów cena i oferta nie były pełne. Kontrakt z Francuzami wywoła napięcia w polskim przemyśle lotniczym. – Wierzymy, że nasza oferta głęboko wzmocni zdolności obronne Polski, tworząc największą wartość w wymiarze operacyjnym, przemysłowym i technologicznym – cieszył się z wyboru rządu Airbus.

Z konkurentami Francuzów, Amerykanami oferującymi Black Hawka oraz brytyjsko-włoską AugustąWestland, były związane dwa największe zakłady lotnicze w Mielcu i Świdniku. – Smutny dzień. Jesteśmy zawiedzeni. Szkoda dla Świdnika, dla Lubelszczyzny i szkoda dla polskiego przemysłu lotniczego. Zobaczymy, co Francuzi zrobią w Polsce – nie krył rozczarowania prezes Świdnika Krzysztof Krystowski. Z kolei nieoficjalnie Amerykanie sugerują, że mogą się wycofać z Mielca.

By osłodzić porażkę, prezydent Bronisław Komorowski przypomniał wczoraj, że na śmigłowce zostanie uruchomiony jeszcze jeden przetarg. Będą to maszyny szturmowe. Jak wynika z deklaracji MON, przetarg ma zostać przyspieszony, pierwotne założenia przewidywały, że zostanie rozpisany w 2017 r., ale prace nad nim już trwają. Na razie MON musi myśleć, jak wynegocjować korzyści dla polskiego przemysłu.

Zakłady w Mielcu i Świdniku nie kryją rozczarowania wyborem MON