statystyki

Plan Balcerowicza i terapia szokowa w polskiej gospodarce: Czy naprawdę mamy być z czego dumni?

autor: Rafał Woś02.01.2015, 06:59; Aktualizacja: 02.01.2015, 08:44
Prof. Leszek Balcerowicz

Prof. Leszek Balcerowiczźródło: Bloomberg

25 lat temu rozpoczęła się w Polsce terapia szokowa. Jeden z fundamentów ładu gospodarczego III RP. Czy naprawdę jest z czego być aż tak bardzo dumnym?

reklama


reklama


Kanoniczna wersja tamtych wydarzeń przypomina trochę trailer filmu akcji. Po wyborach 4 czerwca 1989 r. opozycja została dopuszczona do władzy w kraju gospodarczo zrujnowanym. Nie było czasu do stracenia. Na szczęście pojawił się superbohater z cudownym antidotum. To był pakiet dziesięciu ustaw gospodarczych, które przeszły do historii jako plan Balcerowicza. Na szczęście tym razem (zazwyczaj ociężali) posłowie nie zdołali mu przeszkodzić. 28 grudnia Sejm w ekspresowym tempie 11(!) dni uchwalił ustawy. Senat nie wniósł poprawek. 31 grudnia prezydent Jaruzelski podpisał dokumenty, a nowe prawo weszło w życie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Polska została uratowana.

Tylko że życie to nie jest film sensacyjny. Może więc zostawmy trailery w kinie i popatrzmy na sprawę trzeźwym, krytycznym okiem. W demokratycznym kraju aspirującym do zachodniej „normalności” powinniśmy móc sobie na to pozwolić.

Kąsanie Balcerowicza

„Byliśmy wtedy trochę jak barany prowadzone na rzeź i łatwo ulegliśmy obietnicom polityków mającym decydujący głos w praktycznym wcielaniu w życie szkodliwych rozwiązań. Nie zdziwiłbym się, gdyby nadeszła chwila rozliczenia nas, posłów sejmu kontraktowego, z lekkomyślnego przyzwolenia na terapię szokową Balcerowicza, będącą w rezultacie przeogromnym atakiem na prawa człowieka do minimum egzystencji, atakiem na godność życia milionów ludzi” – to opinia zapisana mniej więcej dziesięć lat po przełomie przez Aleksandra Małachowskiego, dziennikarza, wpływowego działacza „Solidarności” i posła na sejm kontraktowy.

Zmarły w 2004 r. Małachowski trochę umniejsza swoją ówczesną rolę. Bo akurat on należał do tych parlamentarzystów, którzy podjęli próbę jeśli nie zablokowania, to przynajmniej zmiany logiki terapii szokowej, czyli narzuconej przez rząd Tadeusza Mazowieckiego filozofii przemian gospodarczych w Polsce. Wewnątrz OKP (klubu parlamentarnego „Solidarności”) powstała wtedy nawet antybalcerowiczowska grupa posłów i senatorów. I to wcale niemała, bo licząca – w szczytowym okresie – ok. 30 parlamentarzystów. Jej pomysłodawcą była legenda PRL-owskiej opozycji Karol Modzelewski. Wówczas senator. – Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami „Solidarności” i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować – opowiada nam Modzelewski. Wspomina, że wygłosił wówczas w Senacie dość ostre przemówienie krytykujące wiele elementów planu. Zwłaszcza projekt ustawy o opodatkowaniu wzrostu wynagrodzeń, wprowadzający popiwek, a więc drakońskie kary za podnoszenie płac. Popiwek nie tylko siłą dławił popyt, ale, co gorsza, w warunkach wysokiej inflacji wpychał w biedę tysiące ludzi zatrudnionych w firmach państwowych. Modzelewskiemu bardzo nie podobała się też ustawa o gospodarce finansowej przedsiębiorstw państwowych, która znosiła limit dywidendy w zysku przedsiębiorstw. – Dodatkowo pogarszała ona położenie przedsiębiorstw państwowych i po prostu zachęcała, by doprowadzać je do stanu upadłości. To była taka ukryta furtka do ich pośpiesznej prywatyzacji – mówi Modzelewski.

Jednocześnie Modzelewski prowadził akcję gromadzenia wokół siebie podobnie myślących parlamentarzystów. Tak powstała Grupa Obrony Interesów Pracowniczych. Nazywana potocznie GOIP. Jednym z jej filarów szybko stał się Ryszard Bugaj, wpływowy solidarnościowy ekonomista i ważny uczestnik części obrad okrągłego stołu. Po wyborach 4 czerwca przymierzany nawet podobno do posady ministra finansów w ekipie Mazowieckiego. Bugaj – jako przewodniczący sejmowej komisji budżetowej – przygotował wówczas uchwałę wyrażającą wiele zastrzeżeń wobec planu Balcerowicza, przestrzegającą przed jego antysocjalnym obliczem. Uchwała miała jednak charakter wyłącznie werbalny. I została przez rząd przyjęta do wiadomości. Bugaj wspomina, że sprzeciw GOIP wobec planu Balcerowicza nie polegał wtedy na frontalnym ataku, bo rząd Mazowieckiego to byli w końcu ich polityczni przyjaciele. Domagali się jedynie, żeby Balcerowicz i jego ekipa respektowali to, na co „Solidarność” zgodziła się przy okrągłym stole, przy którym nie było mowy ani o filozofii terapii szokowej (tę przywiózł do Polski Jeffrey Sachs dopiero latem 1989 r.), ani tym bardziej o tak mocnym uderzeniu w indeksację płac, przedsiębiorstwa państwowe czy zatrudnienie. – Potem w roku 1990 czy 1991, gdy plan Balcerowicza wszedł w życie, nie mówiliśmy już nawet o tym. Tylko chcieliśmy rozliczyć rząd ze złamania swoich własnych obietnic z grudnia 1989 r. Gdy Leszek Balcerowicz obiecywał, że recesja będzie dużo płytsza, inflacja będzie spadała szybciej, a bezrobocie nie wzrośnie do tak niebotycznych rozmiarów – mówi Bugaj.

Wojna o pracę

Oprócz Modzelewskiego, Bugaja i wspomnianego już Małachowskiego trzon GOIP-u tworzyło wiele innych solidarnościowych tuzów. Na przykład nieżyjący już założyciel KOR-u Jan Józef Lipski i działacz „Solidarności” z Huty Warszawa Andrzej Miłkowski (zmarł w 2010 r.). To z tego grona w 1990 r. wyrośnie Solidarność Pracy, a potem Unia Pracy, czyli postsolidarnościowe ugrupowania o otwarcie socjaldemokratycznym profilu. Ale środowisko GOIP-u był początkowo dużo szersze. Znalazł się w nim np. Jacek Merkel, gdański działacz „Solidarności” i jeden z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy, potem współzałożyciel KLD i PO oraz (niezbyt spełniony) biznesmen. Albo zmarły niedawno senator Zbigniew Romaszewski, w III RP związany z ROP oraz PiS. Pod deklaracją zakładającą GOIP podpisała się również działaczka Unii Demokratycznej (a potem Unii Wolności i Partii Demokratycznej) Grażyna Staniszewska. Oraz Radosław Gawlik, jeden z najmłodszych posłów do Sejmu kontraktowego i organizator pierwszych manifestacji antyatomowych przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu. Następnie poseł Unii Wolności, a ostatnio przewodniczący Partii Zielonych. Krytyczną postawę wobec planu Balcerowicza zajęło też kilku działaczy związanych potem ze środowiskiem Radia Maryja, m.in. późniejsza marszałek senatu Alicja Grześkowiak.

Oczywiście rządowi Mazowieckiego taka irredenta w szeregach własnego zaplecza politycznego bardzo się nie podobała. – Jacek Kuroń i Adam Michnik byli na mnie wściekli – wspomina Modzelewski. Pęknięcie było szczególnie bolesne między Modzelewskim a Kuroniem. Od czasu słynnego listu do partii z 1964 r. obaj panowie wydawali się niemal nierozłączni i jednoznacznie kojarzeni z solidarnościową rewolucją. Ale po 1989 r. ich drogi zaczęły się wyraźnie rozchodzić. Modzelewski zarzucał Kuroniowi, że jest listkiem figowym, który ma osłaniać faktycznie antyspołeczny wymiar terapii szokowej. – Próbowałem mu wytłumaczyć, że odpowiedzią na społeczny dramat transformacji nie może być tylko filantropia i odruch dobrego serca. Tylko że trzeba budować normalne państwo socjalne i nie osłabiać związków zawodowych – wspomina Modzelewski. – Jacek Kuroń bardzo przywiązał się też do myśli, że największymi ofiarami transformacji są emeryci. A reszta sobie poradzi. My uważaliśmy taki punkt widzenia za błędny. I wskazywaliśmy, że najbardziej trzeba się bić o godną i dobrze płatną pracę. Bo to ona jest podstawą spokoju społecznego – dodaje Bugaj.

Duża część środowiska GOIP nie wytrzymała presji i stanęła ostatecznie po stronie rządu Mazowieckiego. – To był nasz rząd. Skoro więc zdecydowaliśmy się wziąć odpowiedzialność za rządzenie krajem, to trzeba było ten rząd wspierać, a nie podstawiać mu nogę – mówi nam Grażyna Staniszewska. W wypowiedziach ludzi ze środowiska GOIP, którzy ostatecznie poparli plan Balcerowicza, słychać jednak coś jeszcze. Coś jakby tęsknotę za silnym liderem. Może nawet gospodarczym dyktatorem. Takim, którego rząd znalazł w osobie upartego i zdeterminowanego Balcerowicza, tego „robota zbłąkanego w świecie słabych ludzi” (określenie publicysty Roberta Krasowskiego). – Może gdyby ktoś nas lepiej pociągnął? Powiedział nam, co można zrobić inaczej. Ale jakoś żaden antybalcerowicz się wtedy nie objawił – wspomina dziś Radosław Gawlik. Grażyna Staniszewska: „Rysiek Bugaj mówił ciągle o trzeciej drodze. Ale ciągle kluczył i nie mówił, co ta droga ma oznaczać. Za nic nie chciał wziąć odpowiedzialności”. W ogóle rozmawianie z ludźmi „S” na temat terapii szokowej jest trudne. Bo szybko pojawia się u nich uczucie irytacji. W wielu przypadkach są to zapewne echa dawno przepracowanego konfliktu wewnętrznego. Widać, że kiedyś mieli wątpliwość, czy terapia szokowa jest słuszną drogą i czy da się ją pogodzić ze związkową wrażliwością. Ale w końcu sobie ten konflikt wewnętrzny zracjonalizowali. Znaleźli dziesiątki argumentów za. A te przeciw głęboko zagrzebali. Dlatego pytanie ich o to wiąże się z powrotem pewnego dyskomfortu. – A co mieliśmy zrobić? Przecież trzeba było działać – mówi Staniszewska lekko podniesionym głosem. – Okrągły stół i rząd Mazowieckiego to było przywrócenie pokoju. Kropka – denerwuje się Jacek Merkel. On – w przeciwieństwie do Staniszewskiej czy Gawlika – przynależności do GOIP w ogóle nie pamięta. Twierdzi, że był już wtedy na etapie, gdy chciał się ze swoją związkową działalnością pożegnać i przejść do normalnej polityki.

Gdy przyszło więc do głosowań nad dziesięcioma ustawami tworzącymi plan Balcerowicza, tylko niewielu GOIP-owców otwarcie mu się sprzeciwiło. – Głosowałem przeciwko ustawie o przedsiębiorstwach i przeciw popiwkowi. Wstrzymałem się w kwestii zwolnień grupowych – wspomina Modzelewski. Podobnie selektywnie i z dużą porcją charakterystycznego dla niego hamletyzowania głosował Ryszard Bugaj. Ale już np. Jacek Merkel jest dumny z tego, że poparł plan Balcerowicza. – To ja przedstawiłem Balcerowicza Lechowi Wałęsie i miałem swój udział w tym, że on został w rządzie również po odejściu premiera Mazowieckiego – przypomina Merkel. Twierdzi, że w terapii szokowej widział wtedy jedyną drogę, by „zerwać z gospodarka centralnie planowaną i zdusić inflację”. Z kolei Radosław Gawlik przyznaje, że głosował wtedy za planem Balcerowicza trochę siłą rozpędu. Bez głębszego zagłębiania się w tę dość skomplikowaną i stechnicyzowaną materię. Dodaje, że podobnie rozumowało wówczas wielu posłów i senatorów OKP.

Skok w kapitalizm

W pewnym sensie trudno im się dziwić. Trzeba bowiem przypomnieć, że plan Balcerowicza był uchwalony w sposób dość ekwilibrystyczny. By nie powiedzieć: sprzeczny z obyczajami demokratycznymi. Przynajmniej tymi, które panują w krajach zachodnich. Pakiet ustaw powstawał w tempie ekspresowym i nie towarzyszyły mu żadne społeczne czy nawet polityczne konsultacje. Nie licząc kontaktów z ekspertami Międzynarodowego Funduszu Walutowego z października 1989 r. Na dodatek im bliżej było jego przesłania do Sejmu, tym bardziej zaostrzała się jego treść. Kluczowy doradca Mazowieckiego Waldemar Kuczyński wspominał w swoich pamiętnikach, że jeszcze 12 grudnia w dokumentach rządowych indeksacja płac na styczeń wynosiła 0,7–0,8. Następnego dnia wicepremier Balcerowicz obniżył ją do 0,2. „Pomyślmy, co ta zmiana przyniosła np. w styczniu 1990 r., gdy ceny wzrosły nie – jak zakładano – o 45, a o 90 proc. W tym samym czasie pensje poszły w górę zaledwie o 24 proc., a nie o 56–64 proc., jak by wynikało z pierwotnych założeń” – analizował potem ekonomista Tadeusz Kowalik. Takie nonszalanckie zaostrzenie planu praktycznie rozsadziło budżet państwa na 1990 r. I zamiast pomagać, prowadziło – zdaniem krytyków – do zaostrzenia recesji.

Największe wątpliwości budzi jednak parlamentarna ścieżka terapii szokowej. Pakiet ustaw wpłynął do Sejmu 17 grudnia, w atmosferze wielkiego pośpiechu i wszechobecnej argumentacji, że 1 stycznia to ostateczny i nieodwołalny termin jego wejścia w życie. 28 grudnia odbyło się głosowanie. To w sumie 11 dni, z których kilka przypadło na święta Bożego Narodzenia. Gdyby dziś rząd zaproponował w przypadku tak fundamentalnej ustawy podobnie szaleńcze tempo pracy, zostałby zapewne (i słusznie) oskarżony o naginanie standardów demokratycznych. – Forma prezentacji programu oraz pośpiech przy jego uchwaleniu uniemożliwiły opinii publicznej odczytanie jego istotnej treści, a zwłaszcza skokowego charakteru operacji. Nad jego ostateczną wersją nie było – bo w tych warunkach nie mogło być – rzeczywistej debaty publicznej na miarę historycznej wagi podejmowanych decyzji – oceniał Tadeusz Kowalik. W tym sensie przepchnięcie przez Sejm ustaw składających się na plan Balcerowicza należy więc umieścić w jednym szeregu z innymi nie do końca chlubnymi rozdziałami polskiego parlamentaryzmu, takimi jak uchwalona fortelem (gdy na sali nie było opozycji) konstytucja kwietniowa z 1935 r. czy „nocna zmiana” polegająca na pospiesznym odsunięciu od władzy rządu Jana Olszewskiego w 1992 r. Nie mówiąc już o innych fundamentach polskiego skoku w kapitalizm – które III RP otrzymała w spadku po rządzie Mieczysława Rakowskiego, nieposiadającego faktycznej demokratycznej legitymacji. No chyba że ktoś uważa wybory parlamentarne z czasów PRL za demokratyczne.

Apologeci planu Balcerowicza stwierdzą pewnie, że to bardzo dobrze, bo gdyby dyskusje nad planem przedłużono, to rewolucyjny zapał by się w posłach wypalił. Pytanie tylko, czy tego typu myślenie ma wiele wspólnego z duchem demokracji przedstawicielskiej, którą Polska w wyniku przemian 1989 r. bardzo chciała się stać? I czy nie było trochę tak, jak odnotował potem z goryczą Aleksander Małachowski, że „Balcerowicz i jego mentor Jeffrey Sachs zwyczajnie nas, posłów bez doświadczenia, oszukali”.

Można było inaczej

Krytyka reform z przełomu lat 1989/1990 niezmiennie natrafia na jeden i ten sam argument obrońców polskiej terapii szokowej. „A co mieliśmy zrobić? Przecież nie można było inaczej. Czy ktoś pokazał wyraźną alternatywę?”. Do pewnego stopnia zgadzają się z tym wyrzutem sami GOIP-owcy. Choć nie wszyscy. – Nie było naszą rolą opracowanie gotowego kontrplanu. Kto tak uważa, nie rozumie roli opozycji. Opozycja formuje swoje zastrzeżenia i utrąca najbardziej jej zdaniem szkodliwe części rządowych zamierzeń. Swój plan pokazuje jednak dopiero, gdy dochodzi do władzy – irytuje się Karol Modzelewski. To jednak – w przypadku środowiska GOIP – nigdy jednak nie nastąpiło.

Inny argument apologetów terapii szokowej polega na podkreślaniu, że to była „mokra robota”, którą ktoś musiał wykonać. Dla realizującej plan Balcerowicza ekipy to oczywiście bardzo wygodna narracja. Pozwalająca im maksymalizować zyski w postaci renomy „odważnych, sprawiedliwych i odpowiedzialnych”. I jednocześnie nie przejmować się zanadto skutkami swoich decyzji. Wedle zasady „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Poza tym „i tak nie było alternatywy”.

Tylko czy aby na pewno nie było? Oczywiście, że była. Już na poziomie operacyjnym rząd Mazowieckiego mógł bardziej wsłuchać się w obawy społeczeństwa oraz wewnętrznej opozycji (takiej, jak choćby GOIP). Zamiast wierzyć w cudowną moc gospodarczego dyktatora, mógł zaufać parlamentarnym procedurom ucierania się optymalnych rozwiązań. Może wtedy pojawiłyby się rozwiązania skuteczniejsze i bardziej sprawiedliwe. Może udałoby się też uniknąć słynnego „potrójnego przestrzelenia”, na które zwracał potem uwagę Grzegorz Kołodko. Czyli rozminięcia się prognoz ekipy Balcerowicza z rzeczywistością po wprowadzeniu terapii szokowej. I to aż na trzech polach: spadku PKB, tempa hamowania inflacji i wzrostu poziomu bezrobocia.

Podobnie jest z poszukiwaniem alternatywy na poziomie modeli ekonomicznych. Jeśli ktoś z góry jest przekonany, że jej nie ma, to zapewne jej nie znajdzie. I odwrotnie. Już w 1989 r. istniał np. dość obszerny raport (700 stron) Konsultacyjnej Rady Gospodarczej (organ doradczy rządu) z podróży studyjnej do Szwecji. Raport dość szczegółowo omawiał możliwości wykorzystania przez Polskę tamtejszego modelu kapitalizmu. Na przykład przy prowadzeniu restrukturyzacji nierentowanych gałęzi przemysłu. Szwecja była wówczas świeżo po zreformowaniu swojego sektora stoczniowego, jednak zdołała przeprowadzić to przy zachowaniu spokoju społecznego. Niestety przy konstruowaniu swoich koncepcji restrukturyzacji rząd Mazowieckiego (i kolejne) wolał sięgnąć po konfrontacyjne wzorce z thatcherowskiej Wielkiej Brytanii. I miały do tego prawo. Nie nikt jednak nie mówi, że nie było żadnej alternatywy.

Kolejny przykład z tego samego raportu to obowiązująca w Szwecji zasada „równej płacy za równą pracę”, niezależnie od kondycji firmy na rynku. Autorzy dostrzegli w niej ciekawy mechanizm automatycznej restrukturyzacji gospodarki, eliminacji słabych firm i pobudzania innowacyjności. Ale w przełomowym 1989 r. w Polsce postawiono na zupełnie inne rozwiązania.

To samo dotyczy uznania walki z bezrobociem za filar świadomej polityki ekonomicznej rządu. W wielu krajach Europy Zachodniej taki priorytet istnieje. Ale w Polsce okresu transformacji w bezrobociu widziano „zło koniecznie” przestawiania się na „zdrowy zachodni kapitalizm”. A inne modele? Istniało całe podejście popytowe, które krytykowało logikę terapii szokowej na tej samej zasadzie, na jakiej dziś przeciwnicy austerity krytykują politykę zaciskania pasa w Grecji czy Portugalii. Zwolennikami takiego podejścia byli tacy ekonomiści, jak Kazimierz Łaski z Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych. Albo Węgier Janos Kornai publikujący akurat w tamtym czasie książkę „Droga do wolnej gospodarki”. Postulującą stopniowe wychodzenie z gospodarki państwowej w kierunku rynku, przy jednoczesnym podnoszeniu ekonomicznej wydajności tej pierwszej.

Te głosy i rady nie zostały jednak przez ojców terapii szokowej wysłuchane. A można powiedzieć, że były nawet zwalczane. I tym razem nie sposób jednak zaprzeczyć, że alternatywa była. Po prostu z niej nie skorzystano.

Apologeci planu Balcerowicza stwierdzą pewnie, że gdyby dyskusje nad planem przedłużono, to rewolucyjny zapał by się w posłach wypalił. Pytanie tylko, czy tego typu myślenie ma wiele wspólnego z duchem demokracji przedstawicielskiej, którą Polska w wyniku przemian 1989 r. bardzo chciała się stać

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

  • Ami(2015-01-02 17:02) Odpowiedz 30

    Zrujnował kraj, przemysł rozsprzedany za bezcen, bezrobocie,banki i handel w obcych rękach,a zyski wyprowadzane za granicę. Ludzie uciekają z tego kraju. Niż demograficzny, bo kto rozumny w takich warunkach zakłada rodzinę. Za to wszystko są odpowiedzialni m.innymi "Solidaruchy razem z klerem". Jedni i drudzy twierdzili, że będzie lepiej tylko nie dopowiedzieli, że to im będzie lepiej. Minęło 25 lat a jest gorzej niż za tkzw.komuny.

  • taki bochater(2015-01-02 17:28) Odpowiedz 20

    Ten POlityczny zlodziej okradł najsłabszych ,posiadających książeczki mieszkaniowe oprocentowane wowczas niżej niz wklady AVista płatne na każde żądanie a kredyty styczeń 50% luty49% itd . To bydle jak kierowal pismo RPO wmieszal sie w umowy bank klient na szkode klientów z zyskiem Prezesow ,nam kazal zaciskać pasa . Powinno się jemu sznurek w około szyi zacisnąć.

  • up(2015-01-02 17:34) Odpowiedz 20

    co gorsza ci ekonomiści kupieni za srebrniki, korzystający z obrotowych drzwi nadal nie rozumieją, że rozwój zawdzięcza się oddolnemu popytowi na usługi i towary, a żeby był popyt na usługi i towary to trzeba prowadzić zrównoważony rozwój poprzesz podpatrzenie jak robili inni, którzy modernizacje swoich gospodarek oparli na polityce jakości, uczciwości ze szczyptą protekcjonizmu z dobrze zorganizowaną i efektywną służbą cywilną zarządzającą i administrującą przestrzenią publiczną. Niestety poszliśmy najprostszą drogą dla polityków tj. drogą ostrego zaciskania pasa z jednoczesnym rozbudowaniem sektora administracji publicznej i przywilejów, co pozwala łatwo rządzić tylko popytu z tego nie będzie a sztuczny popyt tworzony przez zadłużanie społeczeństwa skończy się jak za PRL-u.

  • RWD(2015-01-02 17:09) Odpowiedz 20

    a ludzie nadal nie rozumieją, że bierność się nie opłaca. Najpierw towarzysze z PRL-u mieli lekką rękę do szastania groszem publicznym na swoje cele polityczne a teraz nowa nomenklatura zaciąga długi w naszym imieniu.
    Zachodnim wierzycielom nie trzeba się dziwić, że skroili plan, aby jak najszybciej mogli odzyskać swoje pożyczki i opanować sektor bankowy i ubezpieczeń.
    Co gorsza politycy pozwolili wyssać oszczędności tworzącej się klasie średniej przez zachodnie banki za pomocą różnych opcji walutowych, opcji finansowych i tworzenie baniek poprzez udzielanie łatwych kredytów na mieszkania, co pozwoliło na wpłynięcie do sektora budowlanego dużego strumienia pustego pieniądza windującego ceny za tzw. m2 i za materiały budowlane. Do tego dorzućmy jeszcze OFE z 10% prowizją dla OFE i politykę najniższej ceny, która wymusza szybkiego nauczenia się oszukiwania i obniżania poziomu wykonania poniżej wymagań technicznych.
    Krótko mówiąc, król i jego dwór jest nagi i głupi i łasy na paciorki od zachodniej finansjery. Tak było w 1989 i tak jest teraz.

  • p.(2015-01-04 15:23) Odpowiedz 10

    zacznijmy traktować za naturalne, że w sytuacji gdy nam się dobrze powodzi chcemy utrzymać ten stan. Nie unikniemy nierówności, ale starajmy się i miejmy więcej odwagi publicznej, aby wywierać nacisk, aby te nierówności nie były zbyt duże, przez co jedni spijają samą śmietankę, a innym zostają same fusy.
    W krajach, gdzie wąska grupa spija śmietankę a pozostałym zostają same fusy nie będzie popytu oddolnego, który napędza rozwój gospodarczy kraju i tym samym wzrost siły gospodarczej i militarnej. Miejmy na względzie, że Imperium Rosyjskie zarządzane przez Cara i jego świtę słabnie gospodarczo więc zaczyna prężyć muskuły i kąsać, sięgając po dobra sąsiadów, aby pokazać swojemu ludowi, jacy są silni - taki już mają nawyk, tak jak nasze kolejne "elyty" którym jedynie dobrze wychodzi puszczenie nas z torbami i ewakuacja w sytuacji zagrożenia.

  • J.wT.-Kresy Zach.(2015-01-02 22:15) Odpowiedz 10

    Podpisujący się "Polak" z komentarza nr 10 to rzeczywiście "prawdziwy polak" jednoznacznie odbierany też jako "prawdziwy katolik" popisał się naczelnym wyznaniem katolika - przykazaniem miłosierdzia zalecanym przez Jezusa.
    A tak w rzeczywistosci ten artykuł to rzeczowa analiza naszej nieodległej historii społecznej - gratuluję Autorowi. Takich głosów jest coraz więcej. Szkoda tylko, że podobnych materiałów nie publikują media o szerszym oddziaływaniu.

  • bb1313(2015-01-02 18:11) Odpowiedz 10

    To jest pierwszy od 25 lat artykuł przedstawiający autentyczną prawdę o tym co zrobił Balcerowicz i jego przyboczna banda z POLSKĄ i jej narodem, dlatego żaden Trybunał Stanu a wtrącenie do lochu o chlebie i wodzie do końca ich dni.

  • Hiperinflacja(2015-01-02 22:46) Odpowiedz 00

    Balcerowicz to szkodnik, spowodował hiperinflację, która zniszczyła ludzi, stracili oszczędności całego życia; od 25 lat mamy terapię szokową, miało trwać zaciskanie pasa kilka lat a trwa już ćwierć wieku i końca nie widać;

  • świadek tamtych dni(2015-01-02 18:22) Odpowiedz 00

    Balcerowicz co w młodości krowy pasał. Co on mógł wiedzieć o świecie. Wielki naiwny wyznawca liberalizmu. Słup Sachsa i kapitału

  • Patriota(2015-01-06 13:32) Odpowiedz 00

    O "sukcesie" rozwiązań liberałów świadczy masowa emigracja Polaków na "socjalistyczny" zachód, oraz zapaść demograficzna. Jeszcze nigdy w historii, nasz Naród nie znalazł się w sytuacji zagrożenia wyginięciem, aż do pojawienia się liberalnych "reformatorów"...

  • robo(2015-01-02 22:28) Odpowiedz 00

    Niestety te prawdy są za późno.Polska jest juz narodem biedaków.Szkoda ze nikt z szarych dzialaczy Solidarności nie chce sie przyznac ze są gorzej traktowani jak za komuny.Jestemy śmieciami które mozna zmiac i wyrzucić.Szczesliwy ten kto pracuje u prawego wlasciciela firmy i rzadzi nim osoba z kultura osobista i wiedza.Malo takich ludzi.

  • Gosc(2015-01-02 17:15) Odpowiedz 01

    To bylo konieczne chciaz tez stracilam ale zdawalam sobie sprawe ze to dobre posuniecie ktore teraz procentuja chociaz nie do konca,ale wyszlo na dobre.Nie ma nic z niczego na wszystko trzeba zapracowac.

  • apropo(2015-01-02 23:50) Odpowiedz 00

    do dziś nie wiem może mnie ktoś oświeci jakie były symptomy przegrzania gospodarki że ten gość musiał ją pospiesznie schładzać, czy to tylko takie picu-picu Balcerowicu.Jedyny słuszny wyrok dla tego łapserdaka - banicja, na Ukrainę.

  • Krzysztof Nędzyński(2015-01-12 17:14) Odpowiedz 00

    Zawieszanie demokracji, żeby rozpocząć transformację, której celem jest demokratyzacja to jednak trochę jest sprzeczność sama w sobie...

    Ja się zastanawiam czy do uniknięcia była hiperinflacja transformacyjna. Zastanawiam się co by się stało gdyby na progu transformacji polski rząd, żeby ściągnąć z rynku nawis inflacyjny, wyemitował obligacje "transformacyjne". Tak samo zrobił Alexander Hamilton u zarania Stanów Zjednoczonych, gdy młode państwo zostało z górą długów wojennych wobec własnych obywateli i zagranicznych wierzycieli. Hamilton powiedział, że USA wszystko spłacą w złocie - za 20 lat. I tak się stało. Pytanie - czy taki scenariusz był możliwy w Polsce. Emisja obligacji na 20 lat, spłacanych nie w złocie, ale w dolarze - po przedtransformacyjnym kursie bliższym 1000 zł za dolara a nie 9500 zł za dolara...

  • Michal(2015-01-18 01:57) Odpowiedz 00

    Widze ze tu nikt nie rozumie co zrobil Balcerowicz. On w sobie tylko znanuy sposob, oraz znany tez grupce mega przestepcow wydrukowal najpierw na wlasne konta miliardy zlotowek ktore nastepnie zamienil na waluty wymienialne "kupione od Saksa, po czym trafily one na rynek tworzac hiperinflacje, ktora nastepnie "szokowo" wygaszal.
    Moje pytanie brzmi: gdzie sa pieniadze ktgorych Balcerowicz i spolka nadrukowali 100 razy wiecej niz bylo towarow na rynku i w ten sposob doprowadzil do
    rozliczania zamiast w tysiacach to w milionach? I dlaczego po wymianie pieniedzy przez podzielenie przez 1000 nagle ta inflacja zniknela?
    Spoleczxenstwo nie orientuje sie gdzie sa te ukradzione miliardy ktorych jest wiecej niz dlugu miedzynarodowego? Jedno jest pewne, ci ktorzy te pieniadze
    ukradli nie moga z nich dzisiaj korzystgac dlatego ze by wyszlo ile nakradli. Slady zatarte sa bezblednie. Nikt z ekonomistow nie zabral glosu w tej sprawie
    a tylko idiota moze uwierzyc w inflacje bez dodruku pieniadza przy jednoczesnej wyprzedazy majatku panstwowego ktory powinien zamiast inflacji tworzyc deflacje.
    Kiedy to wszystko zrozumiecie w tym oszukiwanym przez cale dekady spoleczxenstwie?

  • sig(2015-01-03 18:44) Odpowiedz 00

    jasne, inflacja mogła także się sama wygasić, ale zawsze dzieje się to po wydrenowaniu forsy z ludzi... reasumując, jak brak forsy, i nikt nie kupuje, inflacja sama z siebie znika, czyli i tak, albo inaczej, takie samo lekarstwo, ale to dłużej w czasie jest wyciągnięte

  • przedsiębiorca(2015-01-04 14:08) Odpowiedz 00

    zacznijmy traktować za naturalne, że w sytuacji gdy nam się dobrze powodzi chcemy utrzymać ten stan.
    Klasa ludzi żyjąca z dochodu, jaki uzyskują z obracania oszczędnościami jakie bankom i funduszom inwestycyjnym powierzają ludzie będą dążyli do utrzymania swojej pozycji i maksymalizacji takiego dochodu. Stąd te wszystkie deregulacje, aby banki mogły grać naszymi oszczędnościami na giełdzie. Dysponując naszymi oszczędnościami ta magnateria finansowa kupuje sobie takich profesorów od ekonomii, polityków nie tylko u nas ale i w takich Stanach Zjednoczonych. Budowanie popyty od dołu, stała modernizacja administracji publicznej aby sprawnie zarządzała i administrowała sektorem publicznym, pilnowanie aby na rynku obowiązywały zasady fair play, prowadzenie polityki jakości, modernizacja polskiego przemysłu po PRL-u, aby był wstanie konkurować na rynku światowym wymaga pracy i poświęcenia, wymaga doboru zespołów ludzi, którzy się na danych tematach znają i ogarniają cały obraz. Dobrze, że kolejne piątkowe wydanie Dziennika Gazeta Prawna ten obraz rozszerza i można w nim znaleźć wiele ciekawych artykułów między innymi wywiad z Bernardem Waśko "Plaga niedoinformowania", felieton Mariusza Adamiak "Nie unikniemy nierówności ale mogą być one sprawiedliwsze", felieton Jana Wróbla, który przypomina kilka zdarzeń, które są aktualne i dziś patrząc, jak na nas spada manna z Unii Europejskiej w postaci dotacji unijnych.

  • StAAbrA(2015-01-02 09:06) Odpowiedz 00

    Hurtowy skok goldmanów i rodzimego elementu kryminalnego na Polskę , przyjął "zaszczytną" nazwę
    imienia słupa Balcerowicza .
    I ten biedny profesor do dziś myśli , że jest Klosem . Albo innym Szarikiem , co to wyzwolił ojczyznę .

  • Rychu(2015-01-02 10:11) Odpowiedz 00

    Wyjątkowo bezczelna postać !

    Dogmatyk i "specjalista" od schładzania gospodarki.

    Zamiast przepraszać od rana do wieczora za uczestnictwo sprawcze w 25 % bezrobociu, katastrofie demograficznej i olbrzymim zadłużeniu skacze po mediach i powiela mity.

    Żałosne to i obrzydliwe !

    Poznając umysłowość tzw. "legend solidarności" coraz bardziej rozumiem dlaczego ten ruch tak szybko się zdegenerował.

    Pokutą dla dla nich powinno być czytanie na głos przez dwie godziny dziennie 21 postulatów spisanych solidarycą na desce w sierpniu 1980 r. .

  • Henryk L.(2015-01-03 10:40) Odpowiedz 00

    "Schładzanie gospodarki" było - jak sądzę - efektem kurczowego trzymania się "praw" ortodoksyjnej ekonomii, według których gospodarka powinna rozwijać się w tempie ok. 2 %. Taki pogląd nie uwzględniał faktu, że tempo rozwoju zależy od poziomu, z którego się startuje, czyli im niższy poziom startu, tym szybsze tempo wzrostu! Nasza gospodarka powinna rosnąć (po zmianie systemu) w dwucyfrowym tempie ...i tego nie mógł zaakceptować rozum ortodoksyjnych ekonomistów! No i - mając władzę - skutecznie ją "schłodzili"...

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

reklama