Ministrowie finansów krajów strefy euro mają dzisiaj podjąć decyzję co do dalszych losów nadzoru nad greckim programem oszczędnościowym. Wyjście z niego bez zaciągania kolejnych pożyczek i znoszenia upokarzającego nadzoru międzynarodowych instytucji do końca roku obiecywał bowiem premier Andonis Samaras, gdy w październiku starał się o wotum zaufania. Wiele wskazuje jednak na to, że w Brukseli zapadną decyzje nie do końca po myśli ambitnego premiera.

Wyjście z bailoutu miało być wielkim sukcesem konserwatywnego premiera. Szef rządu liczył, że wyjście z programu zapewni mu w oczach rodaków wizerunkową premię, tak bardzo potrzebną po porażce w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, które wygrała przeciwna kontynuowaniu programu oszczędności Koalicja Radykalnej Lewicy (Syriza).

Premia ta miała przede wszystkim posłużyć zmniejszeniu dystansu, jaki dzieli Nową Demokrację Samarasa od Syrizy, ocenianej w zależności od sondażowni od kilku do 10 pkt proc. To ważne, jeśli premier chce zapobiec wcześniejszym wyborom w marcu 2015 r. Wówczas dobiega końca druga kadencja 85-letniego prezydenta Karolosa Papuliasa, co oznacza, że parlament będzie musiał wybrać jego następcę. Jednakże rządząca obecnie koalicja Nowej Demokracji oraz socjalistów z PASOK prawdopodobnie nie zbierze wymaganej do wyboru większości 180 głosów (dysponuje obecnie 155 szablami). Brakujących 25 koalicjantów będą musieli szukać wśród posłów niezależnych lub namawiać tych należących do innych partii do złamania dyscypliny. Jeśli to się nie powiedzie, Samaras będzie musiał rozpisać przyspieszone wybory.

Ta perspektywa przyprawia o ból głowy inwestorów na całym świecie. Tym bardziej że w sprzyjających okolicznościach skrajna lewica mogłaby po wyborach objąć samodzielne rządy. Jak szacuje rzecznik Syrizy Panos Skurletis, jeśli do parlamentu w nowym rozdaniu miałyby wejść cztery ugrupowania, skrajnej lewicy może wystarczyć 35 proc. głosów, aby mogła rządzić bez koalicjantów.

Obawy inwestorów jeszcze pogłębiły rewelacje opublikowane pod koniec listopada przez tygodnik „Proto Tema”. Gazeta dotarła do treści e-maila, który wysłano po spotkaniu dwóch członków Syrizy – parlamentarzysty Jorgosa Statakisa i czołowego ekonomisty partii Janisa Miliosa – z inwestorami w londyńskim City. Autorem wiadomości był Jörg Sponer, menedżer Capital Group. Sponer, nie przebierając w słowach, nazwał program gospodarczy ugrupowania „gorszym od komunizmu”, a kolejne punkty kwitował dopiskami od siebie w stylu „hahaha, dobry żart”.

– Pan Sponer nie był obecny na tym spotkaniu, zresztą Capital Group odcięła się od treści tego e-maila, tłumacząc, że nie odzwierciedla stanowiska grupy, a jedynie prywatną ocenę pana Sponera. Chciałbym zaznaczyć, że inni inwestorzy nie oceniali nas aż tak źle – mówi Skurletis w rozmowie z DGP. – Zresztą nie oczekiwaliśmy, że się z nami zgodzą. Chcieliśmy po prostu twarzą w twarz wyjaśnić nasz program – dodaje rzecznik.

Skurletis potwierdza jednocześnie, że celem partii jest natychmiastowe zatrzymanie programu oszczędnościowego i renegocjowanie wysokości długu publicznego w rękach zagranicznych inwestorów. Polityk jest zdania, że nie powinno to stanowić problemu, bowiem większość długu jest w ręku instytucji kontrolowanych przez państwo, a zatem decyzja o kolejnej redukcji nie byłaby finansowa, lecz polityczna. W podobnym, bardziej koncyliacyjnym tonie wypowiadał się w tym tygodniu w telewizji lider partii Aleksis Tsipras, mówiąc, że Grecja nie ma zamiaru wychodzić ze strefy euro.

Problem jednak polega na tym, że grecka gospodarka jest zbyt słaba, aby wrócić do stanu sprzed krzyzsu. Co prawda kraj wyszedł z recesji i w III kw. 2014 r. zanotował 0,8-proc. wzrost, ale ożywienie pozostaje bardzo kruche, a Ateny zawdzięczają je doskonałej koniunkturze w branży turystycznej. W 2013 r. Grecję odwiedziło 17,5 mln turystów, czyli najwięcej od czasu igrzysk olimpijskich w 2004 r., a w tym roku ta liczba ma osiągnąć 20 mln. Turystyka odpowiada za piątą część greckiego PKB.

– Wychodzimy z bardzo trudnego okresu dostosowania fiskalnego, wchodząc w erę zrównoważonego wzrostu – mówił niedawno premier Samaras na spotkaniu z przedstawicielami międzynarodowego biznesu. Propaganda sukcesu może jednak nie wystarczyć rodakom, którzy na co dzień wciąż muszą mierzyć się z 23-proc. bezrobociem i skutkami ostatniego kryzysu. Od początku greckiego kataklizmu PKB spadło o jedną czwartą. O podobną wartość spadły dochody społeczeństwa.

Portugalia: koniec bailoutu to nie koniec problemów

Nie tylko gospodarcza przyszłość Grecji budzi niepokój. Mimo że Portugalia w maju 2014 r. oficjalnie wyszła z trzyletniego programu pomocy finansowej, to sytuacja w kraju jest daleka od stabilnej. W sierpniu, a więc zaledwie trzy miesiące później, upadł Banco Espírito Santo, druga co do wielkości instytucja finansowa w kraju z 20-proc. udziałem w rynku i aktywami o wartości 80 mld euro, co stawia poważne pytania co do rzetelności nadzoru Trojki, która nie potrafiła zauważyć problemów banku.

Pod koniec listopada aresztowano byłego socjalistycznego premiera José Sócratesa, którego oskarżono o korupcję, unikanie podatków i pranie brudnych pieniędzy, co wraz z zatrzymaniem kilku innych wysokich rangą urzędników pokazuje, jak głęboki jest problem nadużywania władzy. Na dodatek opozycyjni obecnie socjaliści, którzy obiecują rezygnację z dotychczasowej polityki oszczędnościowej, prowadzą w sondażach przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Polityka ta jest wprawdzie bolesna społecznie, ale przynosi rezultaty.

Nie chodzi tylko o to, że Portugalia nie potrzebowała nowego bailoutu. Od 2011 r., kiedy rząd Pedro Passosa Coelho objął władzę, deficyt budżetowy spadł o 6,4 pkt proc., do 4,8 proc., a 12-proc. deficyt obrotów bieżących zmienił się w niewielką nadwyżkę. Dzięki poprawieniu konkurencyjności zamiast prawie 10-proc. deficytu w bilansie handlowym Portugalia ma 2,1-proc. nadwyżkę, a to oznacza, że po raz pierwszy od ponad pół wieku więcej eksportuje, niż importuje. W rankingu konkurencyjności Światowego Forum Gospodarczego awansowała w tym roku o 15 miejsc, a w rankingu Doing Business Banku Światowego znalazła się na 25. miejscu na świecie, czyli wyżej niż Holandia, Francja czy Polska. Paradoksalnie jednak aresztowanie José Sócratesa i wychodzące przy tej okazji na jaw skandale mogą pomóc Portugalii. Jeśli sprawa ekspremiera będzie się rozwijać, przewaga socjalistów w sondażach stopnieje, a tym samym wzrośnie szansa, że efekt dotychczasowych wyrzeczeń nie zostanie zaprzepaszczony.