Z inicjatywy firmy Taurus 110 przedstawicieli z 97 zakładów z południowej Polski zawiązało Komitet Obrony Wędlin Wędzonych Tradycyjnie. Z czasem ma on zostać przekształcony w stowarzyszenie. Do małopolskiej inicjatywy dołączają się kolejni wytwórcy obawiający się, że nowe przepisy wykluczą ich z rynku. – Otrzymaliśmy deklarację dotyczącą chęci przyłączenia się 60 zakładów ze Śląska. Podobne sygnały płyną z firm z województw podlaskiego, wielkopolskiego czy świętokrzyskiego – wyjaśnia Fryderyk Kapinos z Taurusa. Szacuje się, że małych i średnich zakładów specjalizujących się w tradycyjnym wędzeniu jest w Polsce kilkaset. Tylko 110 firm, które zawiązały komitet, zatrudnia ponad 4 tys. pracowników. Gra toczy się więc o miejsca pracy nawet kilkudziesięciu tysięcy osób.

Producenci mają do rządu pretensje, że wcześniej nie została nagłośniona zmiana unijnych przepisów, która drastycznie obniża dopuszczalną zawartość substancji smolistych w żywności. Co więcej, jak zauważają, nikt z nimi nie przeprowadzał konsultacji w tej sprawie. O zmianach dowiedzieli się z mediów. Z tego względu jest zbyt mało czasu na to, by mogli się dostosować do nowych norm. Dlatego chcą walczyć o odroczenie wrześniowego terminu wprowadzenia zaostrzonych norm, o utrzymanie dotychczasowych wymogów dla wszystkich produktów mięsnych lub o wprowadzenie odstępstwa w tym zakresie dla produktów tradycyjnie wędzonych.

Zdaniem resortu rolnictwa i Inspekcji Weterynaryjnej problem nie jest tak poważny, jak się wydaje. Do tej pory producenci ani organizacje branżowe nie zgłaszali uwag do unijnych przepisów. Co więcej, nie robili tego, gdy były przeprowadzane konsultacje. W tych jednak, jak zauważają producenci tworzący komitet, brały udział tylko największe firmy.

Dodatkowo resort wskazuje na badania, które zostały przeprowadzone w ciągu dwóch ostatnich lat. Przebadano próbki z łącznie 655 firm, z których tylko siedem nie spełniało nowych norm. – Z naszych badań wynika, że 90 proc. przebadanych zakładów spełnia nowe, bardziej rygorystyczne normy – podkreśla Janusz Związek, główny lekarz weterynarii, przyznając jednocześnie, że nie można jednak podać, jaki odsetek przebadanych firm stanowiły małe zakłady.

Według resortu rolnictwa sytuacja wymaga jeszcze zbadania i ustalenia, ile firm nie spełnia nowych norm, zanim Polska wystąpi do Komisji Europejskiej z żądaniami przedsiębiorców. Jak podkreślił Stanisław Kalemba, minister rolnictwa i rozwoju wsi, najpierw trzeba spróbować dostosować zakłady do nowych wytycznych.

Producenci podkreślają, że jest to możliwe, ale wówczas zostanie zmieniona technologia produkcji, czyli wyroby nie będą już tradycyjnie wędzone. Co więcej, będzie to wymagać dużych nakładów. Zakup urządzeń do wędzenia dymem to koszt przynajmniej 150–200 tys. zł. A większość firm spłaca jeszcze kredyty, które zaciągnęły na modernizację po wejściu do UE. – Nie mówiąc już o tym, że na nowo trzeba będzie zdobywać klientów – dodaje Władysław Wolarek z firmy Wyrób Tradycyjnych Wędlin „Wolarek”.

Zgodnie z unijnymi przepisami poziom benzo(a)pirenu w wyrobach ma zmaleć z 5 mikrogramów do 2 mikrogramów na kilogram. Z badań zlecanych przez producentów wynika, że obecnie wiele wyrobów przekracza dopuszczalny poziom nawet o ponad jeden mikrogram na kilogram. Przedstawiciele komitetu podkreślają jednak, że trudno o miarodajne wyniki, bo rezultaty badań w różnych laboratoriach nieraz znacznie się od siebie różnią.

Gra toczy się o miejsca pracy dla kilkudziesięciu tysięcy osób