„Kierunek słuszny, wykonanie skandalicznie kompromitujące” – tak tydzień temu na łamach Magazynu DGP prof. Witold Kieżun podsumował polską transformację gospodarczą. Co na taki zarzut odpowie jeden z głównych architektów tamtych przemian?

Waldemar Kuczyński: Chciałbym wiedzieć, co profesor Kieżun miał na myśli konkretnie.

Twierdzi, że zabrakło wam wiedzy ekonomicznej i doświadczenia administracyjnego. A ponieważ trzon ówczesnego kierownictwa Solidarności nie znał się na gospodarce, to łatwo dał się przekonać do neoliberalnego pomysłu terapii szokowej wymyślonego przez Amerykanina Jeffreya Sachsa i kompletnie niepasującego do ówczesnej polskiej rzeczywistości.

Profesor Kieżun mówi nieprawdę. Albo nie wie, jak było, albo mówi, że było tak, bo mu to z jakichś powodów odpowiada. Retoryka książki i wypowiedzi profesora nie wskazują, by pisał to i mówił naukowiec. Raczej „ekspert”.

A jak było?

Decyzji o polityce gospodarczej w roku 1989 nie podejmował trzon kierownictwa Solidarności. Podjął ją Tadeusz Mazowiecki i, w generalnych zarysach, wyraził w przemówieniu sejmowym 24 sierpnia 1989 r. Pod ten zarys kierunku dobierana była ekipa. I ona opracowała ją operacyjnie. Żadnej koncepcji przyjętej przed powstaniem rządu nie było.

Ale rozmowy z Sachsem były już wcześniej.

Nieco wcześniej przyjechał do Polski Jeffrey Sachs, młody, ale już znany w świecie ekonomista. Ściągnięty z pomocą miliardera George'a Sorosa, chyba przez krąg w OKP związany z Bronisławem Geremkiem. Sachs był dobrym ekonomistą, nie szarlatanem. Miał dorobek, bo pomagał przy tłumieniu hiperinflacji w Boliwii. Upowszechnił w mediach ideę stłumienia inflacji przechodzącej już w hiperinflację za pomocą jednego uderzenia. Nazwano to terapią szokową.

Czyli wychodzi jednak na to, że pana obóz polityczny uwierzył w splendor ekonomisty z tamtej strony żelaznej kurtyny.

Mój obóz, jak pan mówi, myślał, a nie wierzył. Propozycje Sachsa nie były odkryciem. Wszędzie w świecie, gdzie dochodziło do kryzysów związanych z tak wysoką inflacją, tłumiono ją wyłącznie za pomocą różnych terapii szokowych. Poczynając od walki z inflacją Władysława Grabskiego w czasach II RP. To też była terapia szokowa. Takich terapii szokowych było wiele: w Europie po I wojnie światowej, w Ameryce Łacińskiej w latach 70. I wiele się nie udawało.

Bo społeczeństwa nie wytrzymywały.

Tak, wymuszały cofnięcie się. I trzeba było je powtarzać. A to powodowało, że społeczeństwa płaciły ostatecznie kilkakrotnie wyższą cenę. Sachs przyjechał do Polski z taką koncepcją, ale to nie on zdecydował o jej wcieleniu w życie. Widział się z premierem raz i zrobił na nim niedobre wrażenie.

A kto zdecydował?

Premier, na moją sugestię. To ja uwiarygodniłem mu koncepcję terapii szokowej. Tadeusz Mazowiecki nie był ekonomistą. Miał w najbliższym kręgu tylko mnie. A ja gospodarkę polską śledziłem od końca lat 60. i sporo o niej publikowałem. Najpierw w Polsce, potem na emigracji. Nie będę rywalizował z prof. Kieżunem w książkowej wiedzy o zarządzaniu, ale w ekonomii mogę stanąć bez obaw. Do ekipy Mazowieckiego dołączyłem 22 sierpnia 1989 r. Za dwa dni miał wystąpić w Sejmie i pisaliśmy przemówienie. To z mojej sugestii i pióra ekonomiczny trzon programu składał się z czterech punktów. Pierwszy – szybkie pokonanie inflacji. Od dawna wiedziałem, że ona będzie głównym zagrożeniem, jeśli dojdzie do przemian gospodarczych. W ostatniej, lipcowej audycji w Radiu Wolna Europa, jeszcze z Paryża, mówiłem tak: „Trzeba będzie zabrać ludziom z portfeli 1/3 ich pieniędzy, zgromadzić je w wielką kupę pod Pałacem Kultury i... podpalić. A potem nie dopuścić, żeby się zbyt szybko w portfelach odradzały”. I to powtórzyłem premierowi. To była istota terapii szokowej. Drugi punkt – likwidacja istniejącego ustroju gospodarczego i przejście do wolnego rynku. Punkt trzeci – pomoc z zagranicy. I na koniec – żadnych eksperymentów ideologicznych, żadnych „trzecich dróg”.

Ale właśnie to wielu wyrzuca waszej ekipie. Że w tak fundamentalnej sprawie jak przyjęcie kierunku rewolucyjnej zmiany ładu gospodarczego działaliście na ślepo. Bez konsultacji z ekspertami albo samym społeczeństwem. Przecież sam pan powiedział, że był wówczas jedynym ekonomistą wśród najbliższych doradców Mazowieckiego. Z całym szacunkiem dla pańskiego dorobku, ale nie jest pan ekonomiczną alfą i omegą. W normalnych krajach operacje tak złożone planuje się latami. I to na podstawie organizacyjnej mądrości machiny państwowej. Tymczasem wy działaliście nieraz zbyt szybko i zbyt pochopnie.

Działaliśmy celowo, świadomie, z otwartymi oczami. Program gospodarczy przygotowała ekipa najlepiej wykształcona w wiedzy zachodniej w całej Europie komunistycznej. Przy wsparciu ekspertów i modeli Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Mówi pan o planowaniu latami? Kiedy ceny rosną 30 proc. miesięcznie? Wtedy nie ma czasu na jakiekolwiek konsultacje, szczególnie społeczne. A w jakiej dziedzinie działaliśmy pochopnie?

Choćby w kwestii prywatyzacji.

Prywatyzacja nie toczyła się pochopnie. Ustawa o prywatyzacji została przyjęta dopiero we wrześniu 1990 r. Polska jest przykładem prywatyzacji stopniowej. Szybko było w Rosji, na Ukrainie. U nas wolno i konserwatywnie, nie za kupony, lecz za pieniądze. I dlatego w Polsce nie powstała kasta oligarchów.

Nie powstała, bo wszedł kapitał zagraniczny.

I dobrze! Cały świat bije się o kapitał zagraniczny. Bo kapitał jest witaminą wzrostu, tak krajowy, jak i zagraniczny.

Problem tylko w tym, że zagraniczny kapitał wszedł do Polski w momencie, gdy jego siła nabywcza była miażdżąca. I kupował sobie całe fabryki za pieniądze – z zachodniej perspektywy – po prostu śmieszne. Często za mniej niż w czasach Gierka wynosiły nakłady na budowę samej fabryki. A potem wygaszał produkcję, przejmując rynki zbytu w Polsce czy dawnym bloku wschodnim. Prof. Kieżun w rozmowie z DGP podaje przykłady: Wrocławski Zakład Komputerowy Elwro, Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, Zakłady Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzyniu.

To są bajki, mity, celowe fałsze. Oczywiście mogło się zdarzyć, że Siemens kupił fabrykę, po czym doszedł do wniosku, że produkcja w Polsce mu nie wychodzi. Tego nie wykluczam. Ale nie wierzę, by zarząd Siemensa kupował polskie przedsiębiorstwo, by zlikwidować konkurenta. Siemens mógł i bez tego przejąć rynki rzekomych polskich potentatów przemysłowych. PRL-owskie zakłady produkowały towary, które miały małe szanse konkurowania z zagranicznymi. Gdyby było inaczej, polityka Gierka nie skończyłaby się krachem.

Za tym kryje się przekonanie, że polski przemysł przed 1989 r. był do niczego. A może wasza ocena była błędna? Przecież w 1989 r. Polska nie była gospodarczą pustynią. Mieliśmy przyzwoicie wykształcone społeczeństwo, różnice społeczne nie były wielkie, istniała jakaś tam infrastruktura. Także przemysł. Stworzono go głównie w czasach Gierka, kosztem zadłużenia zagranicznego, za które potem Polska zapłaciła bankructwem. Ale jednak był. A wy przyjęliście dokładnie taki punkt widzenia, jaki był na rękę zachodniemu kapitałowi planującemu w Polsce biznesową ekspansję.

Ci, którzy tak mówią, nie znają PRL-owskiej gospodarki. A ona powstała bez kontaktu z prawdziwym rynkiem. Eksport na zachodnie rynki był śladowy. Potencjał gospodarczy tworzono, opierając się na sztucznym w znacznej mierze rynek RWPG.

Każdy rynek jest sztuczny. Nawet w kapitalizmie.

Nieprawda. O rynku w kapitalizmie decydują wszyscy odbiorcy. O rynku RWPG decydowały biura polityczne i biurokracje. Nasza gospodarka przez lata pokoju była budowana jako gospodarka wojenna, pod sztuczny rynek III wojny światowej. Poczynając od rewizji planu sześcioletniego, gdy zostały narzucone Polsce ogromne plany inwestycyjne dotyczące przemysłu zbrojeniowego. Nawet szpitale i szkoły miały funkcje wojenne. W wielkich przędzalniach i szwalniach szyto sorty mundurowe dla armii Układu Warszawskiego. W stoczniach budowano statki dla innych krajów socjalistycznych lub Trzeciego Świata finansowanych przez ZSRR. W monstrualnym Ursusie 30 tys. ludzi produkowało 100 tys. nie najlepszych ciągników dla PGR-ów, gdzie je błyskawicznie dewastowano. Listę sztuczności można ciągnąć dalej. Gdy upadł Układ Warszawski i RWPG, padł cały ten rynek. Przez cały okres PRL wiele dóbr było faktycznie za darmo.

To zjawisko obecne także w kapitalizmie.

Nie na taką skalę. Władze wiedziały, że muszą kupować spokój w kraju. Więc dawały de facto za darmo np. energię elektryczną. Popyt był ogromny i marnotrawstwo też, Polska musiała sztucznie rozbudowywać kopalnie. Albo chleb. Był chwilami tańszy niż zboże, z którego został upieczony. Kupowali go chłopi jako paszę. Piekły wielkie piekarnie. Potem upadły. Podobnych przykładów jest mnóstwo. Polska gospodarka lat 1945–1989 była źle rozwinięta. To był rozrośnięty kadłub zatrudniający ogromną liczbę ludzi, połowę faktycznie bezrobotnych, i produkujący ograniczoną liczbę dóbr marnej jakości. Na dodatek w 1989 r. ten pokraczny twór stracił instytucję, która nim kierowała. Czyli partię. Przedsiębiorstwa nadal były państwowe, ale nikt im już nie nakazywał, co, jak i za co mają produkować. Nagle stały się rynkowe. I nie mogły się długo na tym rynku odnaleźć.

No, pięknie. I taki właśnie obraz – chaotycznego i nieprzygotowanego przechodzenia z jednego systemu gospodarczego w drugi – kreśli nam kluczowy przedstawiciel obozu rządowego. Przecież to wy wrzuciliście te przedsiębiorstwa na głęboką wodę. A potem tylko rozłożyliście ręce, mówiąc „widocznie nie umiały pływać”.

Na tym rzecz polega, że nikt ich nie wrzucił. Przestał istnieć wraz z upadkiem państwa socjalistycznego aparat do centralnego dyrygowania przedsiębiorstwami. Rynku nikt nie wprowadzał. Wprowadził się sam.

Państwo przecież istniało. Była administracja. Istniał rząd. A pan był częścią tamtego obozu rządowego.

Jakby w 1989 r. dyrektor państwowego przedsiębiorstwa dostał od rządu pieniądze, byłby szczęśliwy. Ale jakby mu rząd powiedział, że ma zwolnić 50 osób, toby powiedział „mam was w d...”. I tak było od Łaby po Władywostok. Zmianom wszędzie towarzyszył ostry kryzys, który ekonomiści nazwali kryzysem transformacyjnym. Żaden kraj go nie uniknął. Bez względu na politykę, jaką prowadził. Bo ten kryzys nie zależał od polityki.

Takie tłumaczenie to próba odsunięcia od siebie odpowiedzialności za własne decyzje polityczne.

Niczego takiego nie robię. Ja jestem dumny z mojej roli w tym dziele. Analizuję fakty. Jak pan to inaczej wytłumaczy? Wiele krajów, różne polityki, a wszędzie kryzys. To znaczy, że istniała wspólna przyczyna, która mieściła się poza polityką gospodarczą.

To od czego był rząd, który pan współtworzył? I który tak chętnie nazywa się architektem polskiej transformacji?

Nasza rola była taka, by jak najszybciej zlikwidować te części struktury, które zamieniły się w gruz ekonomiczny. I żeby oprzyrządować ten żywiołowo rodzący się rynek. Radykalnie i szybko. By złagodzić i skrócić kryzys. I pod tym względem nikt nam nie dorównał. W Polsce kryzys transformacyjny był najpłytszy i trwał najkrócej, bo tylko do połowy 1992 r. A w niektórych krajach do początków XXI wieku. Inne do tej pory z niego nie wyszły.

Im dłużej z panem rozmawiam, tym bardziej rozumiem, co miał na myśli Jan Krzysztof Bielecki, mówiąc, że „transformacja to była operacja na otwartym organizmie, przy czym żaden z chirurgów nie miał pojęcia, co robi”.

To ocena nieprawdziwa i krzywdząca. Każda reforma w społeczeństwie jest na otwartym organizmie. Byliśmy całkiem niezłymi chirurgami. Przyznają to inni „chirurdzy”, kwestionują zwykle szarlatani.

I chce pan powiedzieć, że przez cały czas wiedzieliście, co robicie?

Tak. Doskonale wiedzieliśmy, co robimy. Dlatego też został do tej operacji dobrany Leszek Balcerowicz. Nieprzypadkowo!

Podobno to pan wciągnął Balcerowicza do ekipy Mazowieckiego?

Zgadza się. Dobrze znałem poglądy i prace Balcerowicza. I wiedziałem, że on pasuje do naszej koncepcji.

Zdaje się, że wpuścił pan swojego przyjaciela Tadeusza Mazowieckiego w maliny. Z tego co wiem, szukając „twarzy” dla swojej ekipy gospodarczej, chciał znaleźć kogoś, kto odegra rolę „polskiego Ludwiga Erharda”. To znaczy ekonomisty, który zbuduje nad Wisłą podstawy „społecznej gospodarki rynkowej”. A pan mu doradził Balcerowicza, który nigdy nie ukrywał, że jest zwolennikiem bezwzględnego eliminowania z gospodarki wszystkiego, co „społeczne”.

Dzisiejszy sens pojęcia „społeczna gospodarka rynkowa” ma niewiele wspólnego z tym, co miał na myśli Erhard. Wtedy znaczyło to po prostu „mniej państwa w gospodarce”. Ponieważ Niemcy odchodzili od gospodarki hitlerowskiej, wojennej i państwowej, myśmy robili coś podobnego. Chcieliśmy więcej rynku i mniej państwa. A nie odwrotnie. Jeśli ktoś sądzi, że tak mądry człowiek jak Tadeusz Mazowiecki dałby się tak łatwo wpuścić w maliny, to po prostu go nie znał. On doskonale wiedział, co robi.

Czyli opowieści o społecznej wrażliwości pierwszego premiera III RP i jego fascynacji nauką społeczną Kościoła należy włożyć między bajki?

Tego nie mówię. Transformacja była wbrew socjalnej wrażliwości Tadeusza. Ale zrozumiał, że bez bólu się nie obejdzie.

Wy, architekci transformacji, bardzo lubicie mówić o tym, że ból transformacji był konieczny. A nie zastanawiał się pan, czy ten ból nie mógł być rozsądniej i sprawiedliwiej rozłożony. Doradca Solidarności Tadeusz Kowalik określił to kiedyś tak: „jak to możliwe, że najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”.

To kompletnie nieprawdziwa ocena. Pod względem poziomu biedy, a także rozwarstwienia społecznego Polska, w relacji do swej zamożności, nie odbiega od stanu w Europie Zachodniej. W rozwarstwieniu jesteśmy prawie na poziomie Francji (my 34, Francja 33), Czechy bliżej Skandynawii.

To akurat zasługa czasów PRL. Po transformacji współczynnik Giniego mierzący rozpiętości dochodowe zaczął się pogarszać.

Musiał się pogorszyć. Rynek nie blokuje szansy poprawiania swego bytu, bogacenia się. To dobrze, ale Polska nie jest żadnym ekscesem.

A co z zarzutem, że bolało dłużej, niż powinno?

Czyli rzekomo zapowiadaliśmy, że sześć miesięcy i będzie dobrze? Nie zapowiadaliśmy. W październiku 1989 r., na trzy miesiące przed wejściem w życie planu Balcerowicza, opublikowałem artykuł przygotowujący ludzi na to, co będzie. Nosił tytuł „Stabilizacja. Krok po kroku”. Pisałem tak: „Jeśli leczenie naszej gospodarki będzie przeprowadzone konsekwentnie do końca, to okres od rozpoczęcia do wyjścia kraju z kryzysu powinien trwać od 3 do 5 lat. Będzie krótszy, gdy cała operacja przebiegnie przy współpracy nas wszystkich i w spokoju. Będzie dłuższy, gdy towarzyszyć jej będą wstrząsy. Najgorzej, jeżeli po uruchomieniu początkowych faz stabilizacji rząd cofnie się wskutek społecznego niezrozumienia i oporów. Wtedy czeka nas hiperinflacja w stylu międzywojennych Niemiec albo powrót do racjonowania wszystkiego”. Nie może pan więc powiedzieć, że łudziliśmy społeczeństwo.

To prawda, wygląda mi to raczej na klasyczny szantaż: Róbcie, ludzie, co każemy, bo inaczej będzie katastrofa.

Może pan to nazywać szantażem. Ale tak właśnie by było!

Nasza rola była taka, by jak najszybciej zlikwidować te części struktury, które zamieniły się w gruz ekonomiczny. I żeby oprzyrządować ten żywiołowo rodzący się rynek. Radykalnie i szybko. By złagodzić i skrócić kryzys. I pod tym względem nikt nam nie dorównał

A co z zarzutami, że ciężar transformacji został rozłożony niesprawiedliwie i nierównomiernie? Owszem, ci najbardziej rzutcy i przedsiębiorczy sobie poradzili. Nawet skorzystali. Ale jeszcze większa część społeczeństwa straciła. A państwo wykręciło się z roli ich obrońcy i opiekuna.

Ale co ma pan konkretnie na myśli?

W 1990 r. przeciętne płace spadły o 25 proc., a realna wartość emerytury i renty o 19 proc. Dochody netto z rolnictwa na jednego pracującego o 63 proc.

Te wskaźniki są formalnie prawdziwe i realnie mylące. Część pieniędzy wtedy nie miała pokrycia. Po uwzględnieniu tego faktu obniżyłbym spadki realne o jakieś 10 punktów procentowych. Rolnicy mieli kilka miesięcy niesłychanej prosperity. Od uwolnienia cen żywności przez rząd Rakowskiego w lipcu 1989 r. One poszybowały w górę, a ceny środków produkcji stały w miejscu. Ale to się skończyło 1 stycznia 1990 r. wraz z wejściem w życie planu Balcerowicza. Od tego momentu dla rolników zaczął się trudny okres. Zostali wyrwani z rzeczywistości PRL-u, w której obowiązywała zasada, że „każdy kłos jest na wagę złota”. Nagle okazało się, że nie mogą swojej produkcji sprzedać. Na przykład mleka. Nie tylko oni mocno ucierpieli na programie stabilizacji.

A kto ucierpiał jeszcze?

Robotnicy wielkich zakładów przemysłowych również przeszli swoje, bo znaczna część załóg, a czasem całe, musiały pójść na bezrobocie. Najgorszy był 1991 r., kiedy upadł rynek RWPG. I to był dramat, bo te zakłady były bastionem Solidarności. Ale tego dramatu nie dało się uniknąć. Nie było świętego, który potrafiłby uratować zakłady Ursus zatrudniające 30 tys. ludzi i produkujące 100 tys. ciągników. Albo huty czy wielkie zakłady włókiennicze, obuwnicze, a nawet piekarnie. Ale już na przykład emeryci i renciści? Oni ucierpieli najmniej. To była przez cały okres transformacji najlepiej chroniona grupa społeczna.

Kto jeszcze przeszedł transformację suchą nogą?

Duża część inteligencji. Jej umiejętności były poszukiwane i płace szybko poszły w górę. Dodam też, że nieźle chronieni byli bezrobotni. W tym pierwszym okresie rzekomo dzikiego balcerowiczowskiego liberalizmu.

Słucham?

Ustawa o zasiłkach dla bezrobotnych była niezwykle szczodra. Opracowana przez wrażliwego społecznie Jacka Kuronia. Sito Balcerowicza ją przepuściło, na co wicepremier potem mocno się wściekał. Ona była tak hojna, że powstała fala nadużyć. I trzeba ją było zaostrzyć. Utrzymano też kontrolę czynszów, cen węgla i energii elektrycznej. Dlatego nie można mówić, że program Balcerowicza był krwiożerczy i antyrobotniczy. Był konieczny, dobry i skuteczny. Już od 1993 r. zaczął się w Polsce okres wzrostu gospodarczego. I szybkiego wzrostu konsumpcji. Polska jest dziś rekordzistką pod względem przyrostu PKB wśród wszystkich państw regionu postkomunistycznego. Nasz eksport na wymagające rynki zachodnie wzrósł z 8 mld dol. w 1989 r. do 180 mld dzisiaj. Nawet jak się uwzględni różnice wartości dolara, i tak będzie wzrost minimum 10-krotny. I to są solidne dobra materialne, a nie węgiel, wódka i szynka, jak było za PRL-u.

Bez przesady. Wysoko rozwinięte technologie to nie są. Nadal jesteśmy królestwem produkcji sprzętu AGD – skręcamy śrubki i montujemy podzespoły.

Wobec węgla, wódki i szynki to wielki postęp. Polska była eksportowym liliputem przez cały okres II RP. I krajem absolutnie nieinnowacyjnym. To się stopniowo zmienia na korzyść.

Są tacy, którzy twierdzą, że w sumie od tamtej pory niewiele się zmieniło. Świat oczywiście wygląda inaczej, ale polska gospodarka jak bazowała kiedyś, tak nadal opiera się na taniej sile roboczej.

I co w tym złego?

To jest niestety powtórzenie wspomnianego przez pana błędu I RP. Wtedy też nasz eksport konkurował głównie za pomocą taniej – wtedy darmowej – pracy chłopów. Obecnie nasza płaca ciągle należy do najniższych w Europie. Proszę zajrzeć do statystyk OECD.

Stopniowo polski eksport staje się coraz bardziej zaawansowany. Nie jest tak, jak pan mówi. Nie powtarzamy tak dynamicznie drogi chińskiej czy japońskiej. Ale idziemy tym tropem korzystania z przewagi konkurencyjnej w płacach. Im dłużej się ona utrzyma, tym szybsze będzie nasze tempo pościgu za bogatą Europą. Wiele krajów biednych zbliżyło się do bogatych, korzystając z niej właśnie. Np. Korea Południowa. Potem ta przewaga znika, bo płace rosną.

To o co właściwie chodzi? Dlaczego jest tak wiele zarzutów wobec wybranej przez was filozofii transformacji?

Jest też bardzo wiele pochwał. Sądzę, że w sumie o wiele więcej. Od fachowców, a nie „ekspertów” i od ludzi. A skąd zarzuty? To ja się o to pytam. W większości z nich nie widzę racji, w wielu złą wolę. I bronię tamtej reformy przed bezsensownymi zarzutami.

Ale pan przyjmuje taką postawę, że ja nie wiem, czy pan transformacji broni szczerze, czy dlatego, że pan musi bronić swojego własnego dorobku.

Odpowiadam panu rzeczowo, faktami, mogę liczbami. One potwierdzają, że transformacja jest największym sukcesem ekonomicznym Polski od początku XX wieku. Nie ma 25-lecia o tak wielkim wzroście zamożności kraju, dobrobytu ludzi i postępu cywilizacyjnego. I taka jest prawda.

Waldemar Kuczyński, ekonomista i publicysta, w czasie transformacji był szefem doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, potem pierwszym ministrem przekształceń własnościowych. Ze stanowisk rządowych odszedł po dymisji rządu Mazowieckiego (grudzień 1990 r.) i należał do czołowych polityków Unii Demokratycznej oraz Unii Wolności. W latach 1999–2001 był głównym doradcą ekonomicznym premiera Jerzego Buzka. W młodości należał do PZPR (1958–1966). Potem związał się z opozycją. W stanie wojennym internowany. W latach 1982–1989 na emigracji we Francji. Autor dzienników z początków III RP. Dziś aktywny bloger (@DziadekWaldemar)