Z bieżącymi cięciami rząd nie będzie miał kłopotu. Planowane przez resort finansów doraźne oszczędności to 2,5 proc. wydatków budżetu na 2013 r., więc mimo niechęci ministrów nie powinno być problemów z zebraniem całej sumy. Jednak w kolejnych latach staniemy przed koniecznością dalszych oszczędności, a w zasadzie nie oszczędności, lecz przesuwania wydatków.

Jak rząd chce oszczędzić doraźnie

Jak rząd chce oszczędzić doraźnie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Nie mamy wysokiego udziału wydatków publicznych w proporcji do PKB, w ostatnich latach ta relacja nawet spadła i niższa jest tylko w kilku krajach UE, jak Łotwa, Rumunia czy Słowacja – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credite Agricole. Bo są dziedziny, gdzie ewidentnie jesteśmy w ogonie, np. w ochronie zdrowia, na którą ze środków publicznych wydajemy ok. 5 proc. PKB, podczas gdy nasi sąsiedzi z UE o 1–3 pkt proc. więcej.

Jak się okazuje, głównym problemem jest brak przeglądu wydatków w sektorze finansów publicznych. To powoduje, że nie ma przejrzystych mechanizmów pozwalających porównać efektywność wydatkowania publicznych pieniędzy. Nie ma rejestru wydatków ani nawet wspólnych zasad rachunkowości dla całego sektora. Efekt jest taki, jakby poszczególne instytucje posługiwały się różnymi językami.

Jak podkreśla Marek Rozkrut, główny ekonomista Ernst & Young, zmiana tego stanu rzeczy pozwoliłaby zidentyfikować nieefektywności, które trzeba eliminować, oraz dobre pomysły urzędników, które należy upowszechniać. – W niektórych krajach, np. w Kanadzie, wyróżnia się kategorie wydatków, które w kolejnych latach powinny być obniżane, ponieważ oczekuje się, że w tych obszarach powinna rosnąć wydajność administracji. Nie ma zatem uzasadnienia, żeby mechanicznie zwiększać je co roku o kilka procent – podkreśla Marek Rozkrut, który wcześniej był dyrektorem departamentu polityki finansowej w resorcie finansów. Jak szacuje, na rzetelne zrobienie takiego przeglądu potrzeba ok. dwóch lat, ale warto. Zyski w skali całego sektora finansów publicznych mogłyby wynieść ok. 20 mld zł.

Drugi problem z oszczędnościami polega na konstrukcji budżetu. Jest on przygotowywany w układzie resortowym. Czyli poszczególne instytucje same szacują swoje wydatki i przekazują prognozy do resortu finansów. Ministerstwo, układając budżet, ścina prognozy, ale zainteresowani są na to przygotowani, więc na wszelki wypadek prognozują więcej. Dopiero w kryzysie wprowadzono zasadę, że taki wzrost nie może być większy niż inflacja plus 1 proc. Ale instytucje przyzwyczaiły się do corocznego wzrostu budżetów i nie chcą z tego rezygnować.

Świetnym przykładem jest planowana konsolidacja czterech inspekcji odpowiedzialnych za nadzór nad bezpieczeństwem produkcji rolnej i żywnością. Zamiast nich ma powstać Państwowa Instytucja Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii. Budżet czterech instytucji to 1,6 mld zł, za to oszczędności dla finansów publicznych po konsolidacji – zero. Tu lekarstwem może być nowa reguła wydatkowa, która ograniczając wzrost wydatków, wymusi oszczędności.

Teraz 75 proc. wydatków budżetowych wynika z ustaw i umów międzynarodowych. Do tych wydatków należą m.in. renty i emerytury, czyli dotacje z budżetu na FUS i KRUS, subwencje dla samorządów, w tym oświatowa czy wydatki na armię, ale także koszty obsługi długu czy subwencje na partie polityczne. Często mają zapisane mechanizmy waloryzacji gwarantujące wzrost bez względu na koniunkturę. Ponieważ wydatki sztywne to aż tak znacząca pozycja w budżecie, potencjalnie oszczędności mogą iść w miliardy. Choć często ich wielkość jest przeszacowana. Klasyczny przykład to KRUS. Transfery z budżetu do KRUS to niemal 16 mld zł. Nie ma mowy o zlikwidowaniu całości dotacji, a oszczędności mogłoby dać większe obciążenie składką najbogatszych rolników. Efekt to 1–2 mld zł. Największa pozycja, do której przymierza się rząd, to transfery do OFE – 11 mld zł. Możliwe jest też uelastycznienie wydatków na wojsko. Tyle że większość tych zmian jest drażliwa politycznie, a każdą trzeba przeforsować w parlamencie.