– W założeniach ustawy hazardowej organizować zakłady w sieci mogą tylko firmy, które zdobędą koncesję Ministerstwa Finansów. Ale te zagraniczne nie przejmują się naszym prawem. Sam serwis Bwin.party ma w Polsce około 500 tys. aktywnych użytkowników – wylicza Mateusz Juroszek, prezes STS.

Rynek nielegalnego e-hazardu faktycznie ma się u nas dobrze. Zarejestrowani za granicą bukmacherzy dali sobie radę nawet z zakazem reklamy – skoro nie mogą oficjalnie i wprost, to robią to w formie product placementu. Jak wyliczył Pentagon Research, tylko w lutym tego roku widzowie zagranicznych meczów piłki nożnej w Polsce mogli zetknąć się z marką Bet-at-home.com aż 2 tys. razy. Wartość reklamowa tego przekazu to ponad 2,6 mln zł.

Ten spryt i ignorancja dla prawa ze strony nielegalnej bukmacherki kolą w oczy działających zgodnie z prawem konkurentów, którzy wnioskują o zmianę przepisów. W projekcie, jaki przekazali podkomisji sejmowej ds. nowelizacji ustawy hazardowej, domagają się „stworzenia rejestru stron internetowych podlegających blokowaniu do nich dostępu z terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. Rejestr ten miałby prowadzić UKE i znalazłyby się w nim także „strony internetowe zawierające treści stanowiące niedozwoloną reklamę lub promocję, lub zawierające niedozwolone informowanie o sponsorowaniu w rozumieniu niniejszej ustawy”.

– Takie rozwiązania wprowadziły Estonia, Bułgaria czy Belgia, i tam to się sprawdza – przekonuje Juroszek. Bukmacherzy chcą też zmian w opodatkowaniu hazardu. Dziś jest on obłożony 12-proc. stawką od obrotu. Wnioskują o 25 proc., ale od dochodu, przy czym 30 proc. z tego miałoby trafiać do związków sportowych. Stowarzyszenie przekonuje, że wprowadzenie takiego rozwiązania doprowadzi do tego, że zagraniczne serwisy zalegalizowałyby funkcjonowanie w Polsce albo ich użytkownicy przenieśliby się do serwisów oferowanych przez polskie firmy. Jeden i drugi scenariusz miałby przynieść wpływy z e-bukmacherki do budżetu w okolicach 100 mln zł kwartalnie. Dziś ledwie dobijają one do 7 mln zł.

A wpływy do budżetu z hazardu spadają. W 2010 r. było to ponad 1,6 mld zł, a tegoroczne założenia budżetowe mówią o 1,25 mld zł. Mimo to propozycje bukmacherów budzą kontrowersje. – Popieramy działania mające na celu ochronę graczy i przeciwdziałanie rozrostowi szarej strefy. Jednak blokowanie dostępu do stron internetowych nie jest rozwiązaniem – uważa Jakub Głuszkiewicz, rzecznik Stowarzyszenia Wolny Poker walczącego o zmiany w regulacjach dotyczących tej gry. Jego zdaniem w ostateczności blokowanie mogłoby być stosowane w stosunku do firm, które nie chcą skorzystać z możliwości zalegalizowania działalności w Polsce. Najpierw jednak należałoby zliberalizować warunki takiej legalizacji, tzn. sprawić, aby z punktu widzenia e-hazardu były opłacalne.

– Na razie mamy sytuację, w której duże międzynarodowe firmy chcą legalnie funkcjonować, ale nikt nie zapewnił im właściwych warunków do tego – uważa Głuszkiewicz. Ponadto – jak zauważa – sięgając po tak drastyczne środki jak blokada, należy zadać sobie pytanie o efektywność takiego rozwiązania. – Przykłady krajów, gdzie zdecydowano się na filtrowanie ruchu w internecie, pokazują, że to nie działa – uważa Głuszkiewicz.

Innymi słowy, jak ktoś chce zagrać w pokera w sieci, to zawsze znajdzie na to sposób. Może zatem lepiej, aby państwo – zamiast próbować blokować mu dostęp do tego typu serwisów – po prostu przyznało się do swojej porażki i wreszcie zaczęło na hazardzie zarabiać.

1,32 mld zł wydali polscy gracze na zakłady wzajemne w sieci w nielegalnych serwisach internetowych

37,36 mld zł to obroty legalnych e-bukmacherów

22 proc. obrotów legalnej branży bukmacherskiej stanowią e-zakłady