Ostatni długi weekend był bardzo nerwowy dla inwestorów z rynku długu. Rentowność polskich obligacji skoczyła w ciągu trzech dni o 20–25 pkt bazowych. W przypadku dziesięcioletnich papierów urosła do 3,60 proc. – poziomu nienotowanego od początku kwietnia. Wzrosła też dochodowość dwu- i pięciolatek, a złoty wyraźnie się osłabił.

Tąpnięcie miało kilka przyczyn. Pierwsza to mała płynność w czasie świątecznego weekendu. Łatwiej wpływać wtedy na ceny. Druga – część inwestorów krótkoterminowych (również z zagranicy) wzięła sobie do serca rekomendacje wydawane przez niektóre banki zalecające sprzedaż papierów dłużnych i walut rynków wschodzących. A to ze względu na zbliżający się, ich zdaniem, początek końca ultrałagodnej polityki pieniężnej w głównych bankach centralnych świata, zwłaszcza w amerykańskim Fed.

– Inwestycje na rynkach wschodzących, w tym w Polsce, dały już pokaźne zyski. I część funduszy po tych rekomendacjach zdecydowała się na zmniejszenie swoich pozycji, by uprzedzić to przyszłe zaostrzenie polityki pieniężnej w USA – wyjaśnia Maciej Popiel, diler rynku długu w PKO BP. Co dalej? Popiel zakłada duże wahania na rynku, ale bez wyraźnego trendu. Bo, jak mówi, szybki koniec drukowania dolara wcale nie jest taki pewny. A to ze względu na niejednoznaczne informacje z amerykańskiej gospodarki. Po serii niezłych danych w poniedziałek opublikowano indeks aktywności dla amerykańskiego przemysłu (ISM) – najniższy od czterech lat. To uspokoiło sytuację na rynkach, rentowność obligacji wczoraj nieco spadła. W przypadku dziesięcioletnich papierów było to około 3,5 proc.

– I nadal zagadką jest to, co zrobi Europejski Bank Centralny. Każda kolejna obniżka stopy depozytowej EBC może oznaczać kolejny napływ kapitału na nasz rynek. Dlatego obstawiam wahania wokół obecnych poziomów – mówi diler.

W podobnym tonie wypowiada się Piotr Kalisz z banku Citi Handlowy: ostatnie zamieszanie na rynku to próba generalna przed tym, co może nas czekać, gdyby Fed ogłosił koniec luzowania polityki pieniężnej. – Czynniki, które do tej pory powodowały spadek rentowności polskich obligacji, przestają działać – uważa. Coraz więcej wskazuje na to, że globalna gospodarka najgorsze ma już za sobą i zbliża się moment, gdy nie trzeba jej będzie stymulować emisją pieniądza.

Bardziej zdecydowany w opiniach jest Piotr Bujak, ekonomista Banku Nordea.

– To, co się stało w długi weekend, można traktować jak ostrzeżenie. To kolejny sygnał, że długoterminowy trend spadkowy rentowności obligacji już się kończy i może lada moment przerodzić się w trend wzrostowy – mówi ekonomista. I zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik – zbliżający się koniec obniżek stóp procentowych w kraju. Dziś rynek wycenia cięcie o co najmniej 50 pkt bazowych w ciągu sześciu miesięcy.

– Inwestorzy mogą zareagować nerwowo, gdyby się okazało, że skala cięć jest mniejsza, niż zakładali – mówi Piotr Bujak. Już dziś się okaże, jak Rada Polityki Pieniężnej interpretuje ostatnie dane z gospodarki, a inwestorzy będą uważnie czytać jej komunikat, szukając w nim wskazówek co do przyszłych decyzji.

– Nie spodziewam się jednak, że wzrost rentowności będzie jakimś gwałtownym procesem. Fed, którego decyzje będą tu jednak najważniejsze, postara się, by nie wywoływać nadmiernych napięć na rynkach, i cały proces wychodzenia z luzowania ilościowego będzie pewnie długi i stopniowy. Niemniej jednak zakładam, że na koniec roku rentowność dziesięciolatek może wynosić około 4 proc., w przyszłym wzrośnie do 4,5 proc. – mówi ekonomista Banku Nordea.