Choć to wniosek spóźniony, uczestnicy konferencji przyznawali, że nasze, a także innych państw regionu, nadmierne uzależnienie od Eurolandu było błędem. Ale prawda ta wyszła na jaw dopiero podczas kryzysu. Teraz nie rozwijamy się w takim tempie, jak byśmy mogli, ponieważ spada popyt w krajach strefy euro, a równocześnie przykręcają nam one kurek z finansowaniem.

– Jeśli prognozujemy, że w strefie euro w przyszłym roku recesja jeszcze się pogłębi, to nie możemy zakładać, że wzrost PKB w Polsce nadal będzie wysoki, wyniesie 2 proc. lub więcej – podkreśla prof. Krzysztof Rybiński, rektor Uczelni Vistula, były wiceprezes NBP. Uważa, że jeśli recesja w strefie euro nie będzie głęboka, to Polska osiągnie niewielki wzrost. W przeciwnym razie nas również czeka spadek PKB.

Już w tym roku PKB Eurolandu spadnie o 0,5 proc. głównie za sprawą problemów Hiszpanii oraz Włoch. Francja wyjdzie na plus, ale będzie to wzrost najwyżej o 0,1 proc. Niemcy pozostaną wiodącą gospodarką strefy ze wzrostem PKB 0,9 proc. – W przypadku Polski prognozowaliśmy, że w tym roku PKB zwiększy się o 2,8 proc. Jednak z powodu spadku popytu zagranicznego i wewnętrznego przygotowujemy korektę tej prognozy, niewykluczone, że do poziomu 2,3 – 2,4 proc. – mówi Marcin Siwa, dyr. oceny ryzyka Coface Polska. Będzie to druga międzynarodowa instytucja, która obniży prognozę naszego wzrostu. W tym tygodniu dokonał tego MFW – o 0,2 pkt proc. do 2,4 proc. Jednak nadal to wysoki wzrost, biorąc pod uwagę, że Węgrzy zaliczą spadek PKB o 1,6 proc., a Czesi o 1,3 proc.

– Polska ma duży rynek wewnętrzny, dlatego udaje jej się unikać recesji. Jednak spowolnienie wzrostu, tak samo jak w przypadku Czech i Węgier, będzie efektem uzależnienia eksportu od popytu w Europie w szczególności w strefie euro, a także od finansowania pochodzącego z banków ze strefy – tłumaczy Marcin Siwa.

W Eurolandzie Polska sprzedaje 56 proc. towarów wysyłanych za granicę, a w Unii 80 proc. Czechy, rekordzista wśród wschodzących gospodarek Europy, w strefie euro sprzedaje 67 proc. eksportu. Równocześnie ok. 50 proc. kredytów w naszym kraju jest udzielanych przez banki kontrolowane przez grupy finansowe ze strefy euro. Jeszcze bardziej od tego kapitału są uzależnione gospodarki Czech i Węgier.

– Banki strefy od początku kryzysu mają problemy związane z rosnącym portfelem złych długów oraz obligacjami państw, które są w złej kondycji finansowej. Już niechętnie finansują klientów z gospodarek wschodzących, a ta niechęć pogłębi się w przyszłym roku wraz ze wzrostem problemów gospodarek Eurolandu i koniecznością dokapitalizowania banków w związku z wymogami Bazylei III – wyjaśnia Herve’ Goulletquer, ekspert Credit Agricole.

W konsekwencji, jak twierdzi, w przyszłym roku szanse na szybszy rozwój mają kraje mniej uzależnione od europejskiego rynku zbytu i europejskiego kapitału – jak choćby Turcja.