To niejedyna nowość. Swój kanał komediowy na YouTube rozkręca także SPI, jeden z największych dystrybutorów i producentów filmowych w Polsce, w sieci znany dzięki m.in. kreskówce „Koń Rafał”.

W taki sposób przyciągający 13,1 mln polskich internautów miesięcznie YouTube próbuje zachęcić do wejścia do sieci jeszcze więcej widzów. By w efekcie przekonać kolejnych reklamodawców, którzy na razie wciąż chętniej zostawiają swoje budżety w stacjach telewizyjnych. W ubiegłym roku było to 3,5 mld zł, podczas gdy wartość reklamy przy serwisach wideo w sieci może w tym roku sięgnąć 100 mln zł.

– YouTube w wielu kategoriach widzów, zwłaszcza tych młodszych, może już konkurować z niektórymi tradycyjnymi kanałami tematycznymi – przyznaje Tomasz Rzepniewski, dyrektor agencji MEC Interaction zajmującej się planowaniem kampanii w sieci. Podkreśla jednak, że mimo dynamicznego rozwoju wciąż jeszcze dużo mu brakuje, by nadszarpnąć budżety takich stacji jak TVN, Polsat czy TVP. Z jednej strony to efekt wciąż niższego zasięgu w umiłowanej przez reklamodawców grupie wiekowej 16 – 49 lat. Innym problemem jest percepcja YouTube i oferowanych w nim treści przez firmy. – Duzi reklamodawcy globalni już rozumieją siłę YouTube, ale dla wielu marketerów w Polsce serwis ten wciąż kojarzy się przede wszystkim jako strona ze śmiesznymi filmami. Choć to się zmienia – dodaje Rzepniewski.

YouTube stale poszerza bowiem ofertę profesjonalnych treści. W tym tygodniu ogłosił partnerstwo z globalnym koncernem P&G, dzięki któremu powstał kanał Gillette Football Club z materiałami z kilkunastu światowych lig piłkarskich i klubów, w tym także polskich – np. Korony Kielce, Lecha Poznań, Widzewa Łódź. Widzów przyciągać mają także amatorzy, którzy – jak głosi hasło firmy – stają się nowymi profesjonalistami, bo tworzą coraz ciekawsze programy.

I zarabiają na reklamach w ramach specjalnego programu partnerskiego YouTube. W Polsce wystartował 1,5 roku temu, do dziś zgromadził ponad 200 partnerów. Drugi sposób to przekonanie do współpracy podmiotów takich jak New Abra, SPI czy nadawców telewizyjnych. To ostatnie zadanie nie będzie takie proste, bo TVN, Polsat i HBO rozwijają własne serwisy wideo w sieci, a przede wszystkim nie chcą podkopywać przychodów, które czerpią z transmisji ich programów w sieciach kablowych i satelitarnych.

Do rozwoju oferty programowej w regionie Europy Środkowej i Wschodniej YouTube zatrudnił jednak Macieja Sojkę, byłego prezesa TVN24 i platformy n, który zna rynek telewizyjny. Oprócz budżetów korporacji YouTube może jednak także walczyć o budżety małych firm. – Widzimy ogromne zainteresowanie reklamą wideo w tym segmencie rynku. Firmy mogą same zarządzać swoimi kampaniami o dowolnym budżecie. To rewolucja w reklamie wideo – twierdzi Tomasz Czudowski, dyrektor sprzedaży YouTube’a. Przekonać do siebie serwis próbuje też reklamami, które można wyłączyć, a reklamodawca płaci tylko za te, które zostały obejrzane.