Tak przynajmniej się mówi. Choć rzeczywiście to, co się stanie w niedzielę przy urnach, będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszego biegu spraw, to w żadnym razie nie przesądza o losie Grecji ani też samej wspólnej waluty. Wbrew pozorom pokonanie Rosjan i awans do 1/8 finału są bardziej prawdopodobne niż wyjście Hellady ze strefy euro. Z drugiej strony — Grecy są nieprzewidywalni także i tu (wygrali przecież Euro 2004), więc nie można wykluczyć wariantów ostatecznych.

Zacznijmy jednak od tych najbardziej prawdopodobnych. Wedle ostatniego opublikowanego sondażu (od dwóch tygodni trwa w Grecji „cisza sondażowa”) wygrywa Nowa Demokracja z 28% głosów, jeden procent przed Syrizą, otrzymując 125 mandatów. Pasok dostaje 14%, co przekłada się na 37 mandatów. Razem proreformatorskie partie mają więc 162 posłów, a więc upragnioną większość w trzystuosobowym parlamencie. Szybko zostaje utworzony rząd, który przystępuje do renegocjacji porozumienia z UE i MFW. Dużych ustępstw nie ma, ale tempo konsolidacji fiskalnej jest nieco zmniejszone, a warunki finansowania złagodzone (obniżka oprocentowania, może darowanie niewielkiej części długu). W zamian za to grecki rząd podtrzymuje kierunek reform strukturalnych, nie wycofuje obniżki płac i kontynuuje zaciskanie pasa. Powoli wraca zaufanie do banków, a giełdy europejskie kontynuują zapoczątkowane w zeszłym tygodniu odbicie. Centrum kryzysu przenosi się do Hiszpanii. 

Ponieważ dwie czołowe partie idą łeb w łeb, nie można wykluczyć także innego wyniku wyborów. Jeśli Syriza wyprzedzi Nową Demokrację, to ta pierwsza zgarnie dodatkową pulę 50 mandatów przewidzianą dla zwycięzcy, dzięki czemu będzie miała największą szansę utworzyć rząd. Jednak tu proces zawierania koalicji nie będzie szybki. Jeżeli wynik populistycznej lewicy nie będzie dostatecznie wysoki, trudno będzie znaleźć jej partnera koalicyjnego. Z przyczyn ideowych odpadają neonaziści oraz Niezależni Grecy, a komuniści są przeciwni w ogóle obecności Grecji w UE, więc stanowią siłę zbyt skrajną nawet jak dla lidera Syrizy.

Alexis Tsipras byłby skłonny pewnie do koalicji z Demokratyczną Lewicą, ale niewykluczone, że ta będzie miała za mało mandatów lub w ogóle nie przekroczy progu wyborczego (scena polityczna bardzo się spolaryzowała po ostatnich wyborach i mniejsze partie tracą na rzecz większych). Wszystko zależy od umiarkowanych socjalistów z Pasoku. Raczej nie będą skłonni, by jeszcze raz rozpisano wybory, ale koalicja z Syrizą nie jest po ich myśli (to oni przecież negocjowali i wdrażali porozumienie z UE). 

Załóżmy jednak, że zwycięskiemu Tsiprasowi uda się utworzyć rząd, który spełnia podstawowy punkt programu Syrizy, czyli wyrzuca do kosza porozumienie z UE. Co dalej? Rozwój wypadków zależy od zachowania wszystkich najważniejszych aktorów dramatu. Jednak, jak trafnie zauważył Tsipras, obie strony dysponują tu bronią atomową. UE jest w stanie odciąć Greków od jakiejkolwiek pomocy, doprowadzając do chaosu i gwałtownego opuszczenia przez Helladę strefy euro. Grecja z kolei, zrywając wszelkie układy i opuszczając unię walutową, doprowadzić może do wybuchu paniki, którą mogą zarazić się inne kraje na południu. Działa tu więc logika zimnej wojny — obydwie strony mają broń, która jest w stanie zadać duże straty przeciwnikowi, dlatego będą mimo wszystko starać się, by nikt tej broni nie użył.

Hipotetyczny rząd Tsiprasa będzie na pewno z UE rozmawiał. Ponieważ Syriza nie chce opuszczenia strefy euro, nowy premier będzie starał się porozumieć z partnerami w dwóch sprawach. Po pierwsze, muszą znaleźć się pieniądze na obsługę greckiego długu. Inaczej dojdzie do ponownego bankructwa, straty poniosą EBC i greckie banki, które zostaną najprawdopodobniej odcięte od finansowania z banku centralnego. Po drugie, UE musi wyłożyć środki na dokapitalizowanie greckich banków, tak by mogły stanąć na nogi i normalnie udzielać kredytów. To także jest w interesie zarówno Grecji, jak i Unii. Ulga, którą odczują greccy depozytariusze — że ich pieniądze są bezpieczne, będzie ważnym sygnałem dla reszty Europy. 

Dzięki tym dwóm posunięciom system bankowy w Grecji zostanie w znacznej mierze uniezależniony od tego, co zrobi rząd. Ten zaś, odcięty od pożyczek z UE, będzie musiał znaleźć źródło finansowania swoich bieżących wydatków, które przecież przerastają dochody podatkowe. I tu jednak jest rozwiązanie. Wystarczy wypłacać obywatelom świadczenia w papierach wartościowych (ekonomiści Deutsche Banku — pomysłodawcy tego rozwiązania — mówią o geuro). Urzędnicy, nauczyciele i policjanci dostaną więc papier, który będzie mówił, że zostanie przez rząd w swoim czasie wymieniony na euro. Póki jednak nie uda się domknąć budżetu, wydatki będą opłacane w geuro, które będzie funkcjonować jako równoległa waluta wymienialna na rynku na euro, oczywiście ze sporym dyskontem. W miarę poprawy sytuacji geuro zostanie wymienione przez władze na euro po kursie stosownym do kondycji budżetu. 

W efekcie Grecy zatrzymają euro, a obniżka płac, przeciwko której tak mocno protestują, i tak się dokona. Tsipras, ani żaden inny polityk, nie jest bowiem cudotwórcą — sztucznie zawyżone w wyniku nadmiernej ekspansji kredytowej wynagrodzenia muszą wrócić do rynkowego poziomu, by przywrócić konkurencyjność greckiej gospodarce. Stanie się to prędzej czy później, bez względu na to, czy Grecja pozostanie przy euro, przejdzie chwilowo na geuro, czy nawet wróci do drachmy. 

Maciej Bitner