I chociaż często powątpiewamy w różne instytucje, jak chociażby w zdolność ZUS do wypłacania nam w przyszłości emerytur, to jednak nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której państwo nie miałoby obowiązku brania nas na swoje utrzymanie, w sytuacji gdy popadamy w tarapaty.

Płacąc niemałe przecież podatki, słusznie oczekujemy też, że państwo zapewni nam bezpłatną edukację czy opiekę medyczną. Skala oczekiwań jest tym większa, im większe są nasze niezaspokojone z powodu niezbyt zasobnego portfela potrzeby. Jednocześnie w sferze postaw fiskalnych jesteśmy skrajnie liberalni. Podatki płacimy niechętnie, o ile już w ogóle trzeba. A gdy tylko pojawia się konieczność ich podnoszenia, w ramach wrodzonego solidaryzmu społecznego gotowi jesteśmy wskazać każdego, komu można by odebrać jakiś nieuzasadniony naszym zdaniem przywilej socjalny lub podatkowy. Byle tylko kosa fiskalna nie przycięła naszych własnych kieszeni.

Generalnie dla nas samych podatki powinny być niskie. No bo i jakie miałyby być, skoro już w ogóle być muszą. Kłopot tylko w tym, że tych dwóch postaw nie da się ekonomicznie pogodzić. Państwo, które ma zapewniać względne bezpieczeństwo socjalne swoim obywatelom, zawsze będzie krajem wysokich podatków. Jeśli zaś nie chcemy pogodzić się z koniecznością oddawania fiskusowi coraz większej części naszych zarobków, to chcąc czy nie, przyjdzie nam pogodzić się z tym, że poziom socjalnego bezpieczeństwa spadnie. Wiek emerytalny będzie wydłużany, a świadczenia będą wypłacane nie tylko coraz rzadziej, ale i w znacznie niższej, niż tego byśmy oczekiwali, wysokości. Zwyczajnie nie ma szansy na to, by ze wspólnego kubełka wyciągać więcej, niż się do niego wrzuciło.