Nie, nie. To żadna kara – przekonuje komisarz Olli Rehn. I wpisuje się w cały szereg złych decyzji przedstawianych jako „skuteczne środki walki z kryzysem”.

Po pierwsze: jeśli Węgry mają uporać się z kryzysem, podobnie jak całe południe Europy, muszą mieć wzrost gospodarczy. Dziś prognoza na 2012 r. waha się w przedziale od 0 do 0,3 proc. PKB. Komisja jakby nie dostrzega, że w przypadku relatywnie biednych krajów tzw. nowej Europy za pobudzanie gospodarki odpowiada w dużej mierze właśnie polityka spójności. Zawieszenie prawie 0,5 mld euro w sytuacji, gdy Budapeszt balansuje na granicy recesji, trudno uznać za mądrą decyzję.

Po drugie: Węgry są krajem, w którym coraz bardziej kwitnie niechęć do koncepcji integracji europejskiej. Przejawia się ona w wersji ludowej („przez UE w kraju spada pogłowie bydła” – usłyszałem niedawno w Budapeszcie) i inteligenckiej („Bruksela mści się za nasz indywidualny pomysł na walkę z kryzysem” – to z węgierskiego ministerstwa gospodarki). W tym kontekście zablokowanie 0,5 mld euro to przede wszystkim bonus od Brukseli dla nawiązującego do ultrakonserwatywnych tradycji Strzałokrzyżowców Jobbiku. Podlanie żyznej antyunijnej gleby.

Po trzecie: niezależnie od tego, jak bardzo komisarz Rehn będzie się wił i zapewniał, że nie karze orbanowskich Węgier, komunikat jest czytelny – zawsze znajdzie się bat na polityka, który nie współpracuje z profesjonalistami od kryzysu z Brukseli.

Nie udało się zakwestionować ustawy medialnej Orbana. Jest problem z utrąceniem prawa o banku centralnym Węgier, bo rozwiązania są zbyt podobne do niemieckich. Zmian w węgierskiej konstytucji też już raczej nie da się cofnąć. Zawsze można jednak pogrzebać przy pieniądzach z Brukseli. Oby tylko Komisja nie przekombinowała.