Marcin Piasecki, wydawca „Dziennika Gazety Prawnej”:

Na rynku paliw mamy do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją. Mówimy o czekającej rynki recesji, ale ropa i paliwa zamiast tanieć, drożeją.

Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen:

Kiedyś uważano, że w zasadzie, gdyby nie wpływ geopolitycznych napięć, to nie byłoby nic bardziej stabilnego niż rynek ropy. Wiadomo przecież, jakie są zasoby surowca, ile się go wydobywa, jakie jest zapotrzebowanie. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Obecnie zmienność cen ropy ma źródła w strukturze popytu i podaży oraz w powiązaniach pomiędzy rynkami fizycznymi i finansowymi. Zaczęto to badać wnikliwie kilka lat temu, od czasu, gdy cena baryłki odbiegła od fundamentów i sięgnęła rekordowego poziomu 147 dol. Wówczas twierdzono, że to bańka spekulacyjna, do której doprowadziły rynki finansowe. Badania potwierdziły, że rynki finansowe odpowiadają oczywiście za zmienność notowań cen ropy. Trudniej natomiast wykazać, czy i w jakim stopniu spekulacje finansowe odchylają trendy cen ropy od fundamentów.

Celem spekulantów jest wprowadzenie pewnych dziennych wahań, na których mogą zarabiać, co utrudnia przewidywanie cen w krótkim horyzoncie. To, co wpływa jednak na popyt i na gospodarkę, to nie dzienne wahania, lecz średnia kwartalna lub półroczna cena ropy. Dzisiejsze notowania wpływają negatywnie na popyt właśnie dlatego, że utrzymują się już bardzo długo na wysokim poziomie. Przyczyną jest to, że fizyczny rynek ma problem w ustaleniu cen, które zrównoważą popyt z podażą w okresie kilku lat.

Dziś za baryłkę ropy w przeliczeniu płacimy 400 zł, czyli więcej niż podczas rekordowych notowań w 2008 r. Wówczas kosztowała ona 147 dol., ale w złotych płaciliśmy niecałe 350 zł

Jest jeszcze jeden powód: na normalnym rynku surowcowym najpierw wykorzystuje się potencjał tych, którzy produkują tanio, a dopiero potem do produkcji wchodzą ci, którzy produkują najdrożej. Tymczasem OPEC, który produkuje najtaniej, utrzymuje rezerwy. Natomiast najdrożsi producenci spoza OPEC pracują pełną parą i ani krótkoterminowo, ani długoterminowo nie mogą zareagować zwiększeniem produkcji.

Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC:

Choć dziś popyt jest ograniczony przez kryzys, to wciąż rośnie, głównie dzięki Chinom, a zdolności podażowe są znikome. To powoduje, że ceny utrzymują się na wysokim poziomie. Faktycznie sytuację poprawiłoby uwolnienie rezerw OPEC. Taki scenariusz jest jednak mało realny. Pamiętam czasy, gdy OPEC twierdził, że optymalna cena ropy to 30 dol. za baryłkę, ale dziś to raczej 100 dol.

Do niedawna sądziłem też, że – by zmienić fundamentalnie podaż surowców – trzeba 10 – 20 lat. Po historii z gazem z łupków okazuje się, że ten proces może przebiegać zdecydowanie szybciej. Gdy ropa naftowa z łupków tryśnie, całkowicie zmieni obraz rynku.

A.C.: Nieoczekiwane zwiększenie globalnej podaży ropy jest realne, może nastąpić, a właściwie już nastąpiło, w USA i Kanadzie. To właśnie dzięki ropie z łupków i roponośnych piasków w następnym dziesięcioleciu największym producentem będzie Ameryka Płn.

W.O.: Gdy tak się stanie, cena ropy przestanie rosnąć, choć na spadki bym nie liczył. Wysoka cena jest niezbędnym warunkiem opłacalności wydobycia droższej ropy, np. z głębszych pokładów.

Wojciech Mroczek, ekspert ekonomiczny NBP:

Przykładem może być Brazylia, która sięgnęła do najgłębszych na świecie złóż dopiero przy poziomie 100 dol. za baryłkę. Ale takich przykładów będzie więcej, a znaczenie nowych producentów ropy będzie rosnąć. Już teraz zresztą widać, że zmniejsza się udział tych krajów, które tradycyjnie tanio produkują ropę, a pojawiają się zupełnie nowi, drożsi gracze.

Już dziś ponad połowa popytu na ropę USA pokrywana jest z własnej produkcji. Poza tym gros importu pochodzi z krajów relatywnie bezpiecznych, takich jak Kanada, Meksyk, Brazylia. Znaczenie regionów niestabilnych politycznie, które dziś dominują pod względem zasobów, będzie spadać. Już ograniczył się zresztą udział Wenezueli, Nigerii czy krajów arabskich.

M.P.: Z tego, co panowie mówiliście, wynika, że aktualna, wysoka cena ropy i paliw jest naturalna.

W.M.: Moim zdaniem tak. Przewidywane od początku 2011 roku spowolnienie gospodarcze przekładało się na obniżenie cen metali czy żywności, natomiast notowania ropy zachowywały się bardzo stabilnie. Wpłynęło na to wiele czynników, o których mówiliśmy wcześniej, ale nie bez znaczenia były też ubiegłoroczne wydarzenia. Konflikt w Libii sprawił, że wiele rafinerii europejskich – gdy wstrzymano dostawy ropy z tego kraju – nie przestawiło się, jak sądzono, na innych dostawców z krajów arabskich. Rafinerie głęboko sięgnęły do własnych zapasów. Doprowadziło to ich poziom do historycznych minimów. W efekcie ceny surowca poszły w górę.

A.C.: Jeszcze na początku ubiegłego roku prognozowano, że ceny ropy w następnych paru latach powinny oscylować w przedziale 70 – 90 dol. za baryłkę. Gdy rozpoczęła się rewolucja arabska, do tego poziomu dołożono 20 dol. premii za ryzyko. Konsekwencja jest taka, że owe 20 dol. już na stałe pozostało w cenie baryłki. Część krajów arabskich, by kupić spokój społeczny, obiecała bowiem wzrost płac. To spowodowało zwiększenie oczekiwań dotyczących wpływów ze sprzedaży ropy. Dziś dla nich minimalna cena za ropę to już nie 70, lecz 90 dol.

Od paru dni w Nigerii wstrzymywana jest produkcja ropy. To także podnosi ceny. Obawy o to, że gdyby doszło do konfliktu w Iranie, to cena ropy wzrośnie, powodują, że dzisiaj do ceny baryłki ropy trzeba dopisać kolejne 20 dol. To kolejna premia za ryzyko już teraz wkalkulowywana w cenę.

W.M.: Ogromne znaczenie dla cen surowca i paliw ma też kurs walutowy. Dziś za baryłkę w przeliczeniu płacimy 400 zł, czyli więcej niż podczas rekordowych notowań ropy w 2008 roku. Wówczas kosztowała ona 147 dol., ale w złotych płaciliśmy niecałe 350 zł.

A.C.: Taka sytuacja nie sprzyja firmom paliwowym. Cena ropy rośnie, a ceny paliwa – z powodu bariery popytu – nie można podnieść w równym stopniu. Kierowcy po prostu przestaliby kupować. W efekcie wraz z napotkaniem bariery popytu kurczą się marże jednostkowe, rozumiane jako różnica między ceną zakupu ropy a kosztami produkcji paliw.

M.P.: Abstrahując od rekordowo wysokich cen, ostatnio doszło do bardzo rzadko spotykanego w Polsce zjawiska, a mianowicie ceny diesla na stacjach przegoniły ceny benzyny. Do tego kierowcy nie są przyzwyczajeni. Dlaczego tak się stało?

A.C.: Dzieje się tak, bo popyt na benzynę w gospodarce globalnej radykalnie się skurczył, natomiast zapotrzebowanie na diesel mocno wzrosło. Duża w tym rola Chin. Kraj ten rozwija się w szybkim tempie, dynamicznie rośnie więc zapotrzebowanie na prąd. Ponieważ elektrownie buduje się latami, diesel jest tam wykorzystywany masowo do zasilania turbin energetycznych. Ponadto Chińczycy w ostatnim czasie, w celu ograniczenia emisji CO2 przed kolejną międzynarodową konferencją klimatyczną, zmniejszyli moce elektrowni węglowych, zastępując je właśnie mocami elektrowni zasilanych dieslem.

To paliwo dominuje też od dawna w światowym transporcie, zwłaszcza ciężkim. Nikt nie chce dziś tyle benzyny, ile się produkuje. A z baryłki ropy nie da się wyprodukować ani samej benzyny, ani samego oleju napędowego. Przy przerobie surowca powstają oba gatunki paliw. Skoro jest zapotrzebowanie na jeden produkt, a na drugi go nie ma, ceny tego, który się lepiej sprzedaje, muszą rosnąć.