Jednak od bieżącej rozgrywki polityczno-gospodarczej o wiele ciekawsze jest to, co będzie dalej. Jak cały ten kryzys wpłynie na Unię Europejską. Bo przecież nie jest możliwe, aby załamanie gospodarcze w kilku krajach członkowskich nie zmieniło sytuacji finansowej tej organizacji.

Wprawdzie propozycja Komisji Europejskiej na lata 2014 – 2020 jest zbliżona do poprzedniego budżetu, jednak zgłaszana była w czerwcu, a opracowywana jeszcze wcześniej, kiedy to kryzys zadłużeniowy w krajach strefy euro nie było tak mocno nasilony. Kolejne państwa ogłaszają programy oszczędnościowe – tylko patrzeć, aż mniej lub bardziej ważni politycy zaczną obiecywać wyborcom, że skoro tną na socjalu, będą starali się zaoszczędzić na Unii. Albo więcej z niej pozyskać – czego sygnałem było wprowadzenie nowych zasad dofinansowania przez Brukselę inwestycji infrastrukturalnych, dających państwom starej Unii dużą szansę na przejęcie sporej części euro na budowę autostrad czy modernizację kolei.

Jeśli pojawią się propozycje unijnego oszczędzenia, głównymi celami będą polityka rolna i wspólności. Dobrze by było, gdyby sprawy w swoje ręce wzięli Niemcy i doprowadzili do redukcji wydatków na tę pierwszą. Trudno przecież racjonalnie uzasadnić, po co dotowana jest uprawa orzecha włoskiego? Dlaczego, u licha, ktoś ma dostawać pieniądze tylko za to, że nic nie robi? Żywność unijna jest tak droga, że jej eksport do innych krajów jest możliwy jedynie z kolejnymi dopłatami.

Obawiam się jednak, że ograniczenie wydatków na politykę rolną jest mało realne, choćby dlatego, że z tego źródła czerpią borykające się z problemami kraje Południa oraz Francja, czyli jedno z dwóch najważniejszych obecnie państw na kontynencie.

Głównym celem programu stałaby się zapewne polityka rolna i wspólności. Bo po co, racjonalnie rzecz biorąc, dotować uprawy orzecha włoskiego?

Dla nich o wiele korzystniejszym rozwiązaniem jest redukcja wydatków na politykę spójności. Wprawdzie mniej lub bardziej pośrednio z tego źródła czerpią wielkie firmy europejskie, jednak one na osłodę mogłyby dostać kontrakty na budowy w krajach starej Europy. Dla Polski mógłby to być cios – nowe kraje już dawno stworzyły system szybkich dróg, tymczasem my dopiero jesteśmy w trakcie. Jeśli zabraknie pieniędzy z UE, możemy zostać z rozbabranymi budowami. W końcu do tej pory nie udało nam się finansować rozwoju sieci dróg z własnych pieniędzy, więc w przyszłości też możemy sobie z tym nie poradzić.

Jednak jest szansa, że przy okazji Unia Europejska zmieni stanowisko w innych kwestiach. Mam na myśli choćby samobójczą z punktu widzenia firm politykę energetyczną. Idea, aby produkować czysty prąd, jest szczytna, ale jednocześnie bardzo kosztowna. Instalacje solarne czy wiatrowe mają sens jedynie wtedy, gdy do ich budowy dopłaci unijna kasa. Do tego dochodzi jeszcze wsparcie płynące ze sprzedaży zielonych certyfikatów na rzecz tych, którzy wytwarzają prąd taniej, ale brudniej. Oczywiście, to wszystko ma być sposobem na ograniczenie zużycia prądu, jednak najbardziej odczuwalnym skutkiem jest wzrost kosztów produkcji w przemyśle oraz w gospodarstwach domowych. Tymczasem wiele krajów na całym świecie rozbudowuje elektrownie węglowe, zyskując dzięki temu na konkurencyjności.

Być może kryzys wymusi także ograniczenia wydatków na administrację unijną. W końcu dlaczego biurokraci w Grecji mają stracić wysokie pensje i gwarancje dożywotniego zatrudnienia, a brukselscy urzędnicy zachować te same przywileje? Może nawet tam zaczną zwalniać, dzięki czemu na przykład skala biurokratycznych absurdów w UE zostanie zredukowana?

Ekonomiści uważają, że kryzys zwykle ma dobroczynny wpływ na gospodarki krajów, które go przechodzą. Odpadają najsłabsze firmy, a te, którym udaje się przetrwać, są silniejsze, bardziej elastyczne i mają większą szansę na sukces. Całkiem możliwe, że po kryzysie ospała ostatnio Unia Europejska zacznie się rozwijać szybciej i mocniej rywalizować z USA czy rosnącymi w potęgę Chinami. Do tej pory bowiem Europejczykom, który żyli dostatnio na tani kredyt, nikogo po prostu nie chciało się gonić.