Na razie to tylko teoretyczne spekulacje. Takiej inicjatywie stanowczo sprzeciwiają się Niemcy w obawie, że zniechęci to kraje południa Europy do radykalnych oszczędności. Zdaniem monachijskiego instytutu Ifo emisja euroobligacji oznaczałaby dla Berlina zwiększenie kosztów obsługi własnego długu o 47 mld euro rocznie z powodu wyższej rentowności nowych papierów od Bundów.

Jednak projekt KE może już niedługo okazać się jedynym sposobem na powstrzymanie rozpadu strefy euro. Inwestorzy mają bowiem coraz większe wątpliwości, czy Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) zbierze wystarczająco dużo środków, aby uratować Włochy i Hiszpanię przed bankructwem. Dodatkowym problemem okazało się wczorajsze ostrzeżenie agencji Moody’s przed obniżeniem oceny ryzyka kredytowego Francji (AAA). Gdyby tak się stało, także EFSF straciłby najwyższy rating, przez co nie byłby w stanie skutecznie pozyskać nowego kapitału na rynkach finansowych.

Bruksela proponuje trzy opcje euroobligacji. Pierwsza, najmniej ambitna, przyniosłaby stosunkowo niewielkie korzyści. Zakłada, że kraje strefy euro gwarantowałyby część emisji skarbowej niestabilnego państwa unii walutowej, ale pod zastaw złota, przyszłych dochodów podatkowych lub innych aktywów. Atutem takiego rozwiązania jest jednak to, że nie wymagałoby one zmiany traktatu lizbońskiego i mogłoby zostać stosunkowo szybko wprowadzone w życie.

Według drugiej euroobligacje mogłyby służyć do finansowania długu kraju tylko do poziomu 60 proc. PKB. Powyżej tego limitu każdy kraj musiałby już samodzielnie emitować obligacje. To jednak oznacza, że na razie nowy instrument mógłby zostać wykorzystany tylko przez 10 spośród 17 krajów unii walutowej: dług pozostałych jest na to zbyt wysoki.

Takich problemów nie stwarza trzecia, najbardziej ambitna propozycja Komisji Europejskiej. Przewiduje ona utworzenie przez wszystkie kraje strefy euro wspólnych bonów skarbowych, które finansowałyby całość długu Eurolandu. Nie jest jednak jasne, w jaki sposób byłby określany rating takiego instrumentu. Kilka miesięcy temu dyrektor ds. europejskich Standard & Poor’s Moritz Kraemer ostrzegł, że w takim przypadku euroobligacje otrzymają ocenę najmniej wiarygodnego kraju, który uczestniczy w emisji.

Urzędnicy KE wskazują też, że zarówno drugi, jak i trzeci scenariusz wymaga zmiany traktatu z Lizbony. W obecnej wersji dokumentu zapisano bowiem zakaz ratowania przed bankructwem jednego kraju strefy euro przez drugi (pomoc dla Grecji, Irlandii i Portugalii została udzielona na zasadzie dwustronnych porozumień międzyrządowych, poza regułami prawa europejskiego).

Zmiana traktatu oznaczałaby długie, trudne negocjacje. Jednym z powodów jest stanowisko konserwatywnego rządu Wielkiej Brytanii, który przy tej okazji chciałby z powrotem odebrać niektóre kompetencje przekazane Brukseli (np. w sprawach socjalnych).

Ale także Polska jest niechętna powołaniu euroobligacji. Nasz rząd obawia się bowiem, że nowy instrument „wyssie” z rynku najlepszych inwestorów i zmusi nasz kraj do oferowania większej premii, aby sprzedać narodowe obligacje.