Problem w tym, że własna waluta wcale nie chroni nas przed perturbacjami. Im większe kłopoty przeżywa strefa euro, tym trudniejszy do przewidzenia jest kurs złotego. Kiedy kłopoty ma dolar, złotówka także traci na wartości. Brak stabilności zabójczy jest zarówno dla importerów, jak i eksporterów, uniemożliwia bowiem jakiekolwiek planowanie. Domowym budżetom także nie robi dobrze. W dobrze pojętym polskim interesie jest więc przyjęcie waluty mocniejszej, ale oczywiście dopiero wtedy, gdy upora się ona z obecnymi problemami. Dziś trudno przyjmować nawet zakłady, czy euro przetrwa.

Tym dziwniejsza wydaje się dyskusja, którą rozpoczęło kilku polityków SLD. Marek Siwiec stwierdził, że teraz właśnie jest najlepszy czas, by wytargować od Unii dobry kurs, po którym przyjmiemy euro, a Leszek Miller nawet ogłosił jego wysokość. Dobry kurs to jego zdaniem 4,5 zł za euro. Obawiam się, że gdyby tak miało być, to i tak topniejące grono zwolenników wspólnej waluty zmniejszy się jeszcze bardziej. Warto mieć bowiem świadomość, że określenie „dobry kurs” nic nie znaczy, dopóki nie sprecyzujemy, dla kogo ma on być dobry.

Kurs Leszka Millera zapewne byłby świetny dla eksporterów, bez dodatkowego wysiłku zarobiliby więcej. Analitycy raczej zgadzają się co do tego, że nasza waluta warta jest więcej. Osłabienie złotego to ukryta dotacja dla eksporterów, wyspecjalizowały się w tym Chiny.

To nie fundamenty naszej gospodarki decydują o tym, że złoty tanieje, ale psychologia i fakt, że w niestabilnej sytuacji na świecie waluta jednego średniej wielkości kraju nie jest w stanie bronić się przed zawirowaniami. Jednak wymiana po takim kursie oznaczałaby, że cała gospodarka i wszyscy obywatele naszego kraju zapłacą ukryty podatek, który w charakterze premii zainkasują eksporterzy. Przypomnę, że aż 60 proc. naszego wywozu powstaje w obecnych w naszym kraju firmach zagranicznych. Dodatkowa premia, być może, spowodowałaby ich szybszy rozwój. Może zatrudniłyby nawet więcej ludzi. Z entuzjazmem jednak nie należy przesadzać, sztuczny kurs dałby gospodarce kopa tylko na krótką metę, jak napój energetyczny. Miałby jednak także skutki fatalne.

Każdy, kto swoje obecne zarobki podzieli przez 4,5, szybko zorientuje się, że bylibyśmy w Eurolandzie pariasami. Średnia pensja nie przekraczałaby 800 euro, a przecież średnich zarobków nie osiąga aż 60 proc. osób pracujących. Średnia emerytura (obecnie 1,6 tys. zł) wynosiłaby mniej niż 400 euro. Premia dla eksporterów pochodziłaby z naszej kieszeni. Dziś, gdy złotego także wymieniamy po zbliżonym kursie, mamy przynajmniej nadzieję, że kiedyś nasza waluta znów się wzmocni i nie jest to nadzieja nieuzasadniona, ponieważ tak naprawdę obecny kurs rzeczywistej wartości naszej waluty nie oddaje. Potem tej nadziei już by nie było. Deprecjacja, którą dziś uważamy za przejściową, stałaby się trwała. Na szczęście cała ta dyskusja została wywołana niepotrzebnie, bo i tak w ciągu najbliższych kilku lat Polska do strefy euro nie wejdzie. Ale to, że złoty na rynkach walutowych tanieje, doskwiera nam i teraz. Coś w tej sprawie zależy także od naszego rządu. Słabość naszej waluty wynika również ze zbyt dużego deficytu, rynki źle na niego reagują. W każdej chwili mogą zareagować jeszcze gorzej.

Trzeba więc szybko obniżać deficyt, zamiast tłumaczyć się, że ludzie sobie reform nie życzą. Reformy, czasem boleśnie, powinny dotykać tych, którym się obecne przywileje nie należą. Jeśli jednak złoty będzie nadal taniał, bo tzw. rynki zareagują w ten sposób na ciągle wysoki deficyt, boleśnie po kieszeni dostaniemy wszyscy. Także ci, którzy żadnych przywilejów nie mają. I dopiero wtedy będziemy mieć pretensje. Tylko że na reformy może już być za późno.

Trzeba obniżać deficyt, by złoty się nie osłabiał. I dopiero potem marzyć o euro